Zmniejsz masę

30

Żyjemy w czasach, w których coraz ciężej się wyróżnić.

Śpiewający kanadyjski nastolatek z ledwo kiełkującym pod nosem mchem, dziewczyny wygalające pół głowy czy kreacje wieczorowe z szynki i bekonu. Wszystko to co kiedyś szokowało jest teraz zupełnie jak Agnieszka Szulim po spotkaniu z Dodą – oklepane. Jeżeli nie eksperymentujemy z coraz nowszymi rzeczami pozostaje nam odtwarzanie sprawdzonych schematów. Te odtwórstwo spotkało również mnie. Sięgam pamięcią wstecz i widzę siebie otwierającą szufladę z własnymi pracami. W tle Maryla Rodowicz grała „Ale to już było”.

ZWIĘKSZASZ MASĘ, BO SIĘ BOISZ

W szale tworzenia doszłam do momentu, kiedy moje życie było zagrożone. Wręcz tonęłam w swoich pracach, a pływam dobrze tylko brzuchem po materacu. Kiedy uczyłam się nowej techniki czy wzoru czułam się jak klienci barów „jedz ile chcesz”, bo nie znałam umiaru. Już po kilku próbach wiedziałam, że wszystko umiem i więcej z tego nie wycisnę, a mimo to zamiast rozwijać się dalej męczyłam ciągle te same techniki. To, co trzymało mnie w miejscu to strach.

Kiedy pierwszy raz spróbowałam kuleczek koralikowych chciałam zrobić tylko kilka sztuk do poćwiczenia. Skończyło się na tym, że wyszła ich setka, a drugie tyle koty zaniosły do swojej tajnej kryjówki pod łóżkiem. Powstała tego taka ilość, bo w trakcie tworzenia udowadniałam bardziej sobie niż innym, że jestem zdolna. Kombinowałam z kolorami i wzorami, wmawiając sobie, że z każdą kolejną sztuką powiększam swoje umiejętności. W rzeczywistości pułap swoich możliwości osiągnęłam już po pierwszej dziesiątce, a potem tylko utrzymywałam swój poziom. Okłamywałam sama siebie, że to dla mojego dobra, choć tak naprawdę to bałam się, że po tak dobrze opanowanej technice nie nauczę się niczego nowego. Chociaż z kuchni kusiły przeróżne zapachy, ja ze strachu wolałam ciągle jeść ziemniaki zamiast spróbować kawioru. Wiedziałam, że przynajmniej potrafię je ugotować.

CO ZROBISZ Z NADWAGĄ?

Opamiętałam się dopiero chwaląc się nową pracą przed Wojtkiem, który podsumował ją zdaniem:

– Znowu lecisz w kulki.

Gdyby nie ten policzek nigdy nie wyrwałabym się z transu. Teraz po tak długim kontakcie z jedną techniką nie mogę już na nią patrzeć. Zerknęłam trzeźwo na zbiór swoich prac, który przypominał fikoland w galerii handlowej. Wszędzie tylko kulki. Co ja z tym wszystkim zrobię?

Te pytanie zadaje sobie każdy rękodzielnik, który uwolnił się z choroby kopiowania swoich własnych prac. Mi zajęło to pół roku, inni po kilku latach wciąż nie mogą przestać. Po takim czasie zapełni się nawet najbardziej chłonny rynek, a wtedy stosy prac rosną niczym nasza tkanka tłuszczowa po świętach. I tak jak cholesterolu nie pozbędziemy się za pomocą AbGymnica czy sporadycznych zajęć z Zumby, również nadwyżkowe dzieła stanął się dla nas nie lada problemem.

Rękodzielnicy wpadają wtedy w błędne koło niczym Pijak z Małego Księcia. Tworzą by zapomnieć, że na ich towar nie ma zbytu, w efekcie czego mają go jeszcze więcej. Technikę opanowali już dawno, nie uczą się niczego nowego i taszczą swój dobytek na kijku jak Włóczykij zaczynając każdą rozmowę od pytania „może coś ode mnie kupisz?” Kiedy spytasz ich czemu nie pozbędą się zbędnego balastu i nie zrobią kroku naprzód, usłyszysz 3 słowa rękodzielnika w nałogu:

  • JEŚLI sprzedam stare prace, kupię inne materiały
  • MOŻE w końcu uda mi się coś sprzedać
  • KIEDYŚ na pewno znajdę na to kupca
          Zwiększając swoją masę zmniejszasz swój portfel

Najprostszy sposób na bogactwo to dostawać złotówkę za każdy ich żart, że zapasów starczy im na otworzenie całego sklepu. Zapasów, których tak naprawdę nie potrzebują, bo nabyli je pod wpływem odtwórstwa. Sklepy monopolowe nie sprzedają alkoholu pijanym osobom. Rękodzielników, którzy już dawno przejedli się techniką takie zakazy nie dotyczą. W efekcie przeliczają materiały na prace, których jeszcze nie sprzedali, zwiększając swój towar i nie patrząc na odbiorców.

Od razu widać, który rękodzielnik jest zmęczony techniką. Robiąc 80 bransoletkę z rzędu nie podchodzisz do niej tak samo optymistycznie jak do tej pierwszej. Zaczynasz narzekać na ceny, interesuje cię tylko miejsce wystawienia prac, a z oczu sypią Ci się iskry, kiedy komuś innemu uda się coś sprzedać. Jak najszybciej potrzebujesz psa ratownika, który odkopie Cię z lawiny Twoich własnych prac. Przyznaj przed samą sobą, że jesteś uzależniona od jednej techniki i przejdź na detox.

JESTEŚ UZALEŻNIONA

Nazywam się Agata i tworzę od 10 lat. Jestem uzależniona od Tworzenia. Zwalczyłam chęć kopiowania samej siebie. Z każdą kolejną pracą chcę uczyć się czegoś nowego. Aby móc się rozwijać zmieniam w niej coś więcej niż kolor. Odzyskałam radość płynącą z rękodzieła. Zeszłam z 50-ciu prac miesięcznie do pięciu. Czasem jest ich mniej, jednak każda jest lepsza od poprzedniej. Inna – to najważniejsze.

Przemyśl każdą swoją pracę. Czy potrzebujesz robić całe serie kolczyków w kilku różnych paletach kolorów? Jeżeli nie masz potem komu ich oddać lub sprzedać to tego nie rób. To jest takie proste. Zmniejsz masę tworzonych rzeczy. Postaw na ich jakość i na swój rozwój osobisty. Potem zrób to w każdej dziedzinie życia. Zrzuć zbędną masę i bądź fit.

Qrkoko.pl

Patrz jakie ładne! Kliknij!

  • Miśka

    Po przeczytaniu tego artykułu dotarło do mnie, ze jest on o mnie!! Dziękuję, że go napisałaś, teraz wiem co robiłam źle i dlaczego rękodzieło przestało mnie bawić. ps. chcesz coś ode mnie kupić? xD

  • Mylejdi

    masz rację, jak zwykle! ja tak miałam ale z dżemami, nie mogę już patrzeć na truskawki, a w piwnicy ciągle mam 20 słoików :(

  • Pobruszka

    Znowu świetny tekst, u mnie było dokładnie tak samo. Robiłam dużo i coraz więcej tylk ciągle było to to samo. nikt nie chce brać ode mnie kolczyków nawet za darmo. a szkoda mi je niszczyć, żeby odzyskać materiały i się one tak kurzą

  • Nika

    A ja dobrze wiem, że nie powinnam się powtarzać, bo każdemu się to znudziło, ale za bardzo boję się, że mi się nowa rzecz nie uda. To jak wracać do starych przyzwyczajeń , nie umiem przestać robić to samo :((((

  • KrystynaM

    U Ciebie znowu prawdziwie! Ja tak szylam czapeczki, w rodzinie mamy tylko trójkę dzieci, a czepek starczyło by dla kilku przedszkoli :D

  • Jarmuszkowo

    Naprawdę mam tyle materiałów, że mogłabym własny sklep otworzyć! Tylko szkoda, ze do rachunku nie dorzucają wolnego czasu. Staram się nie powtarzać,a le jak znajdę chwilkę aby coś potworzyć to boję że zmarnuję czas na nową technikę, któej nie opanuję i tylko będę się wściekać że mi nie wyszło. To się powielam :(

  • JanikaW

    Bardzo prawdziwy tekst. U mnie jest dokładnie tak jak pani pisze. Dużo robię, ale w kółko to samo. Na razie „rynek” tego potrzebuje, bo tylko takie rzeczy mi się sprzedają, chociaż sama wolałabym robuć już coś nowego. Niestety na same opłaty muszę dużo zarobić, to się powtarzam, ze wzorami, póki mam zejście i szansę na zarobek. Marzy mi się jakiś większy kontrakt lub zamówienie, żeby móc rozwinąć skrzydła :) Może niedługo!

  • Koszyk

    Też mam ten problem, zgadzam się w 100%!

  • Julia

    Robisz z muliny? Bo ja tak i mam tak , jak piszesz :)
    OBSERWUJĘ I ZAPRASZAM

    • Jeżeli chodzi Ci o bransoletki to robiłam je w podstawówce. Teraz muliny używam do haftu krzyżykowego lub aplikacji do misiów.

  • Mari.

    A ja tam sobie lubię czasem porobić to samo w innych kolorach. Ale ja to widać taka konserwa ;) BTW, na fitness chodziłam regularnie i wydawało mi się już po roku, idąc na kolejny poziom, że nie tylko się nie gubię w choreografiach, nie tylko kondycyjnie radzę sobie dobrze, ale i technikę mam idealną. Po kolejnych dwóch latach „wyżej” zaczęłam zauważać, że technikę to ja dopiero szlifuję i do ideału daleko jeszcze, że da się lepiej, że da się obszerniej, że da się głowę wyżej, ciało prościej, skłony głębiej, kroki bardziej przestrzennie i choć to są rzeczy, które zauważy tylko instruktor/ktoś lepszy, ja czuję że się rozwijam. Dla kogoś z boku – stoję w miejscu, bo ciągle na tym samym poziomie zajęć ;)
    Mało tego, niedawno, po 9 latach ćwiczeń w tym samym klubie zresztą, nastąpił przełom i poczułam, że choć w grupie nie jestem wśród najgorszych, daję radę na tle innych, to jednak straszna ze mnie dupa wołowa i jeszcze dużoooo nauki przede mną – bo stanęłam, z braku laku, przy instruktorze. Różnica w poziomie energii była miażdżąca :D
    Wiec lata lecą, ja robię to samo, a ciągle widzę miejsce na rozwój ;)

    Z Twoimi kulkami to może być podobnie, bo czemuś ta metafora wyżej służyła :) Tobie się po dziesiątej mogło wydawać, że jesteś już masta i lepiej nie będzie (jak mnie po roku ćwiczeń), ale ktoś, kto ich zrobił tysiąc zauważy, że ta setka od dziesiątej się baaardzo różni jakością. Albo Ty sama to zauważysz, gdy już tysięczną machniesz ;)

    A z innej beczki (jak już się produkuję, to niech się do czegoś przydam ;)) to sobie literówki w dwóch miejscach popraw – „Te odtwórstwo”, „Te pytanie” – to odtwórstwo, pytanie :)

    • Tak naprawdę to teraz do tysiąca mi niewiele brakuje, bo kulki naprawdę uzależniają. Różnica jakościowa nie zależy od ilości, a od umiejętności twórcy. Ktoś może potrzebować 1000 żeby osiągnąć max swoich umiejętności, mi wystarczyła setka :) Kulki peyotowe są bardzo łatwe i robiąc je na mase mogą w końcu wychodzić coraz gorzej, chociażby przez znudzenie się techniką. Co innego w przypadku bardziej skomplikowanych technik gdzie z każdą pracą odkrywamy nowe możliwości i metody tworzenia. Tutaj ćwiczenie na kolejnych egzemplarzach będzie ekscytujące i pożyteczne. U mnie kulki lecą już taśmowo i się przy nich nie rozwijam. Traktuję je jako rozgrzewkę przed większą pracą.

      Co do literówek to dziękuję za zwrócenie uwagi :)

      • Mari.

        Ale wiesz, że liczby były tylko symbolem, rzucone przykładowo, prawda? :) Chodziło mi tylko o to, że perspektywa twórcy/ćwiczącego/podmiotu czynności ogólnie/… nie zawsze jest tą najwłaściwszą i najbliższą prawdy (czymkolwiek by ta prawda nie była, żeby już w dyskusje filozoficzne nie wchodzić ;)).

        Ktoś żeby osiągnąć max możliwości może potrzebować przerobienia tysiąca kulek, komuś innemu może się wydawać, że osiągnął go po setce czy dziesiątce. A ktoś inny naprawdę po dziesiątce go osiągnie :) Sęk w tym, że bez dystansu podmiot czynności chyba nie jest w stanie tego trafnie ocenić :)

        Kto z nas 10 lat temu na swoje pierwsze prace (przynajmniej część), które teraz go co najwyżej bawią, nie patrzył z podziwem dla siebie samego i nie uważał, że wyszły zajebiście i są szczytowym osiągnięciem polskiej myśli artystycznej, niech podniesie rękę :) Anyone? No właśnie, coś mi mówi, że nie za wiele będzie tych rączków ;)

        Innym punktem do zahaczenia jest też to, że nie uważam, żeby rozwój był obowiązkiem :) Jak komuś sprawia szycie tych kulek pejotem w tysiącach odcieni, niechże sobie szyje na zdrowie :) Czasem podyktowane to jest chęcią, przyjemnością płynącą z A, a nie strachem przed B :)

        • Zgadzam się! Jeżeli ktoś czerpie radość z powtarzania swoich prac czy tej samej techniki to wpis nie jest o nim :)
          Może za 10 lat popatrzę na swoje kulki i pomyślę „o mój boże”, miałam tak z misiami, które robiłam na początku gimnazjum – teraz po właśnie dekadzie tylko się uśmiecham na widok tych, które zachował Wojtek. Traktuję je jako przypomnienie z jakiej pozycji zaczynałam.

        • Adam

          Kto z nas 10 lat temu na swoje pierwsze prace (przynajmniej część), które teraz go co najwyżej bawią, nie patrzył z podziwem dla siebie samego i nie uważał, że wyszły zajebiście i są szczytowym osiągnięciem polskiej myśli artystycznej, niech podniesie rękę :) Anyone? No właśnie, coś mi mówi, że nie za wiele będzie tych rączków ;)

          Może nie odnośnie rękodzieła ale pisarze czy muzycy mają często ten problem, że właśnie 10 lat temu coś wychodziło im lepiej i teraz mają problem przeskoczyć samych siebie ;)

  • Podziwiam. Ja bym nie miała cierpliwości. Jeżeli coś tworzę, robię to sporadycznie, bo sprawia mi to przyjemność. Każda rzecz jednak musi być inna od tej poprzedniej. Takie nałogi mi nie grożą ;)

  • IZA

    Dziękuję za ten tekst, dokładnie czegos takiego mi było trzeba ;) Od jakiegos czasu byłam w takim kółku- tworzyłam jeden typ rzeczy, wmawiałam sobie ze jak kupie materiały to zrobię coś innego a potem gdy juz je kupiłam to tylko leżały na półce…

    Inna sprawa jeżeli chodzi tu o doskonalenie techniki, ale czasem to tylko wymówka.

    • muniels

      To już człowiek sam jest świadom czy ciągle doskonali technikę czy już tylko robi prace dla samego robienia bo mu się nie chce albo tak jak Agata pisze – boi się zacząć nową technikę.

  • Anna Arteria

    Jakbym o sobie czytała…. I najgorsza jest mania kupowania, koralików… w tych utensyliach mam kilka tysięcy złotych, życia mi nie starczy żeby to wszystko przerobić, ale cóż… nałóg to nałóg… :)

    Ale jaka to frajda robić te same kolczyki w innych kolorach… Robię to NOTORYCZNIE, za kazdym razem odkrywam coś nowego, to nałóg, prawdziwa pasja, bez której żyć się nie da…

    • Lumperoxxy

      Kilka tysięcy złotych?! WOW, to ty chyba nie masz się gdzie ruszyć :P

  • Agagalery

    Przeczytałam artykuł oraz komentarze. Z chęcią przygarnę jeden słoik dżemu truskawkowego :)
    Nie do końca zgadzam się z tym co piszesz, ale jest to Twój punkt widzenia.
    Mylisz pojęcie tworzenia z odtwarzaniem oraz techniki i wzoru. Ważnym aspektem jest też to po co to robimy. Czy po to aby zarabiać – nie jest w tym wtedy zbyt wiele artyzmu i niestety wykonuje się często te same prace w różnych wariantach np. kolorystycznych aby klient miał wybór. Czy robisz to bo lubisz , żeby miło spędzić czas. A może chcesz przez tworzenie wyrazić siebie i zwrócić uwagę ludzi na problemy tego świata. Artystów w naszym świecie jest niewielu. Ja też się za niego nie uważam.
    Robienie kulek to nie jest technika. Kulki się robi na podstawie schematu, w którym wykorzystana jest technika peyote, która daje ogrom możliwości.
    Nie można zadzierać nosa gdy ktoś mówi/pisze że robi coś bo lubi np. bransoletki z muliny :) a my takie robiliśmy w podstawówce. Każdy zaczyna w innym momencie, wieku. Jednym wychodzi coś lepiej a innym gorzej. Najważniejsze to mieć hobby, pasję – coś co sprawia nam radość .

    • Mylisz pojęcie tworzenia z odtwarzaniem oraz techniki i wzoru.

      Nie mylę. Wpis dotyczy tego drugiego – odtwarzania. Jest o osobach, które to robią, ponieważ boją się nowych technik.

      Ważnym aspektem jest też to po co to robimy. Czy po to aby zarabiać – nie jest w tym wtedy zbyt wiele artyzmu i niestety wykonuje się często te same prace w różnych wariantach np. kolorystycznych aby klient miał wybór.

      Kolejny raz : wpis nie dotyczy tego. W przypadku legalnego zarobku na rękodziele logicznym wyjściem jest posiadanie kilku wariantów kolorystycznych. Artykuł jest o osobach, które nie mają zbytu na swoje prace, a mimo to wciąż powtarzają utarte schematy i wzory.

      Robienie kulek to nie jest technika. Kulki się robi na podstawie schematu, w którym wykorzystana jest technika peyote, która daje ogrom możliwości.

      Wiem o tym. Kulki są tutaj jedynie przykładem manii, na której zatrzymałam się jakiś czas temu. W sensie techniki, chodziło mi oczywiście o peyote.

      Nie można zadzierać nosa gdy ktoś mówi/pisze że robi coś bo lubi np. bransoletki z
      muliny :) a my takie robiliśmy w podstawówce

      Stwierdziłam fakt, kiedy się tym zajmowałam. Nie zauważyłam, żeby było to zadzieranie nosa? Nie szukajcie afer na siłę.

  • Mania

    Świetny artykuł. Daje do myślenia. Na pewno będę czytała Twojego bloga!

    • Cieszę się, że Ci się spodobało! Zapraszam częściej, publikuję prawie codziennie :)

  • Elżbieta Zawierżeniec

    Mądrego po szkole to i dobrze posłuchać.

  • Czekaj, czekaj… to nie miałaś problemów z masą ciała? Zmylił mnie tytuł :(

    • Niestety nie mam :) Nawet powinnam co nieco przytyć.

  • może ktoś kupi pół strychu prac decoupage na wysokim poziomie hahaha:)
    trafiłaś w sedno Qrko…!

  • Pingback: Czy naprawdę musisz sprzedawać swoje prace? | Qrkoko.pl()

  • Kurczę, jak to się różnie układa ta droga rękodzielnicza, ja raczej nie miałam tego problemu. Był wprawdzie taki czas, kiedy głównie sprzedawały mi się serca i już miałam ich trochę dość, ale za to kupowałam dzięki temu materiały na zupełnie nowe prace, więc jakoś się to uzupełniało. No i nie było tak, że trzaskałam masowo te same modele, które potem nie schodziły. Model, który nie znajduje właściciela, powstaje u mnie jeden jedyny raz ;).