Wspólne mieszkanie przed ślubem to porażka!

0

Przytulam się do niego każdej nocy. Zwłaszcza kiedy przypominam sobie, że dopiero od czterech lat mam go blisko. Przez poprzednie cztery lata widywaliśmy się sporadycznie, kiedy przejeżdżał te 600 km by zobaczyć się ze mną raz w miesiącu, przez kilka dni. Jednak tej nocy z jego objęć wybudził mnie dźwięk powiadomienia o nowej wiadomości. Przemiły starszy pan postanowił powiedzieć mi, że sieje zgorszenie, a moje wspólne życie z Przedmężem to porażka.

Qrkoko.pl - Wspólne mieszkanie przed ślubem to porażka!

Z góry uprzedam, że nie mam nic do żadnej religii czy osób wierzących. Dla mnie każdy może wierzyć w to co mu się żywnie podoba, o ile nie stara się tych poglądów na siłę narzucić mi. A tak było właśnie w tym przypadku. Niejaki pan Waldek poleca mi zapoznanie się z artykułem na portalu Fronda.pl, który brzmi „Wspólne mieszkanie przed ślubem? Porażka!”. (LINK) Tym samym dał mi do zrozumienia, że choć jestem dla niego obcą osobą, nie zna historii mojego 8 letniego związku z Przedmężem i nie wie przez co musieliśmy razem przejść to jednak przestaje mieć to znaczenie, jeżeli wcześniej nie stanęliśmy na ślubnym kobiercu. W panice rzuciłam się do lektury:

Po pierwsze: to nie bardzo nam się chce wierzyć, że nie będziecie współżyć. Dlaczego? Ano dlatego, że nie sposób uwierzyć, że na chłopaka nie działa jego dziewczyna. Jeśli chłopak jest zdrowy to nie ma możliwości, by go stała obecność ukochanej dziewczyny, jej zapach, dotyk, ciepło nie „ruszało”. A jak nie „rusza” to powinien się przejść do lekarza, bo by to oznaczało, że nie czuje pociągu seksualnego do kobiet i jego organizm nie funkcjonuje prawidłowo.

Zaczynają z grubej rury. Miałam cichą nadzieję, że w artykule pojawią się argumenty mające podłoże w psychologii, które wyjaśnią mi jak wspólne mieszkanie przed ślubem wpłynie na moją psychikę, relacje w związku, emocje. Ale nie, tu przekaz jest jasny od samego początku – jak zamieszkacie razem bez ślubu to będzięcie się bzykać, a to jest be, fu i godne potępienia. A jak partner nie podnieca się na Twój widok to weź go lepiej do lekarza, bo jest jakiś uszkodzony. Mam nadzieje, że ktoś mnie walnie tą rurą przez łeb, bo nie chcę już dalej czytać.

Mieszkając razem zatem ciągle narażacie się na pokusę i to jest tutaj złem – choćbyście faktycznie wytrwali nie współżyjąc. Celowo piszemy tutaj „nie współżyjąc” a nie „w czystości”, bo przecież czystość to nie tylko niewspółżycie.

Aha, czyli teraz nie chodzi o faktyczne bzykanie, tylko fantazjowanie o tym. Tak więc nawet jak nie mieszkacie ze sobą to nie macie prawa wyczekiwać współżycia i myśleć o tym, bo naruszycie swoją „czystość”. Czy tylko mi kojarzy się to z przymusowym praniem mózgu?

Po drugie: poprzez ciągłe powstrzymywanie się od współżycia, poprzez ciągłe stwarzanie sytuacji kiedy podniecenie narasta i nie jest rozładowywane tylko wygaszane można nabawić się poważnej nerwicy na tym tel. Bo wyobraźmy sobie sytuację kiedy chłopak z dziewczyną np. widzą się w piżamach, nie daj Boże śpią w jednym łóżku (takie sytuacje też się zdarzają), całują się na dobranoc i… nic. I tak przez miesiące, nieraz lata.

Okej, czyli jednak będzie coś o wpływie wspólnego mieszkania na psychikę partnerów. Jak po buziaku nie ma seksów to znaczy, że będzie nerwica. Dlatego lepiej się nie widywać w piżamach. Jak dobrze, że Fronda dba o nasze zdrowie psychiczne.

Tak jak mówiliśmy – dziewczynie to może nawet początkowo nic nie będzie, bo dla niej ważniejsza jest uczuciowość i ona się chce do „swojego misia” po prostu przytulić i o nic jej nie chodzi.

Bo jak facet chce okazać uczucia i się przytulić to na pewno chodzi mu o seks, więc na wszelki wypadek lepiej trzymać go w klatce…

No to trzeba coś z tym podnieceniem zrobić. Nieraz jest to „tylko” wyżycie się w grze komputerowej (z narażeniem na pretensje ze strony dziewczyny, że woli siedzieć przed komputerem tracąc czas na jakąś głupią grę zamiast z nią pogadać; tymczasem on nie przyzna się, że jest to jego metoda na wygaszenie emocji lub nawet nie zdaje sobie z tego sprawy) ale bywa, że kończy się to nawet masturbacją.

…albo posadzić przed komputerem. Teraz wiadomo dlaczego esport i porno są tak popularne – to ta sama branża.

Jeśli ona się przy nim przebiera (a przecież nieraz tak jest jeśli mają do dyspozycji tylko jeden pokój) to naprawdę nie jest mu łatwo. I nie chodzi o to, że mężczyzna nie potrafi się powstrzymać, że zachowuje się jak zwierzątko.

Okej, czyli kiedy facet podnieca się swoją dziewczyną to zachowuje się jak zwierzątko. Idąc tropem tej logiki to według pierwszego cytatu jak mężczyzna nie odczuwa takiego podniecenia to zamiast to lekarza powinniśmy go zabrać do weterynarza.

Żeby była jasność: po ślubie też nie zawsze można współżyć. Też czasem trzeba się powstrzymać.

No nie! To tyle roboty na nic?!

No i teraz jeśli para postanawia, że jednak nie współżyją to będą seks kojarzyli jako coś od czego za wszelką cenę (cenę grzechu) trzeba się powstrzymać. Zakoduje im się, że współżyć nie wolno, to coś złego, podniecenie należy zaraz stłumić. To wszystko zaś może przyczynić się do naprawdę poważnych problemów w małżeństwie.

Ekhm… bo takie artykuły jak ten WCALE nie dążą do wywoływania strachu przed seksem.

Moi Drodzy, może nie uwierzycie, ale jest sporo małżeństw które przychodzą do poradni, bo nie mogą współżyć. Okazuje się, że małżonkowie (częściej kobieta ale mężczyzna nieraz też) ciągle czują jakieś dziwne wyrzuty sumienia przy podnieceniu, ciężko im osiągnąć orgazm, współżycie na które tak czekali nie cieszy. W dużej mierze są to małżeństwa, które mieszkały razem przed ślubem – abstrahując od tego czy współżyły czy nie. Bo oni cały czas mają w głowie schemat zachowań przed ślubem i tamtą świadomość, że seks jest grzechem.

No tak! Seksualna fobia jest winą wspólnego mieszkania przed ślubem. Nawet jeżeli partnerzy nie uprawiali wtedy seksu. To NA PEWNO nie jest spowodowane tym, że takie osoby zewsząd bombardowane przekazem „seks przedmałżeński to zło!”

Qrkoko.pl - Qrkoko.pl - Wspólne mieszkanie przed ślubem to porażka!

Źródło: Fronda.pl

Qrkoko.pl - Wspólne mieszkanie przed ślubem to porażka!

Źródło: Onet.pl

Po trzecie: ludzie, którzy razem mieszkają nie mają na czole wymalowane, że nie współżyją i postronni odbierają to jednoznacznie – że to konkubinat. Nie wiesz co myślą Wasi sąsiedzi, nie wiesz też co myślą i mówią sąsiedzi Twoich rodziców. Pomyśleliście o tym? Bo na „złą sławę” narażacie nie tylko siebie ale i Waszych rodziców. Którzy często przecież wcale Waszego wspólnego mieszkania nie popierają.

No i w końcu docieramy do sedna problemu. Nie ważne czy do siebie pasujecie. Nie ważne czy chcecie wziąć ślub i spędzić ze sobą resztę życia. Nie ważne czy jesteście szczęśliwi. WAŻNE CO LUDZIE POWIEDZĄ!

No i wprowadzacie w błąd osoby w kościele do którego chodzicie. Jeśli ktoś wie, że mieszkacie razem a Wy przystępujecie do sakramentów (bo nawet nie współżyjecie) to ludzie są skonsternowani i co niektórzy mogą myśleć, że to jest ok.

A niektórzy pomyślą, że nie jest ok i spalą Was na stosie.

Po czwarte: mieszkając razem tracicie coś bardzo ważnego – ową „pierwszość”, tajemniczość, radość wspólnego odkrywania pewnych spraw dopiero po ślubie. Nie będziemy się powtarzać bo pisaliśmy o tym w rozdziale o czystości. Chodzi o to, by pewne rzeczy zostawić na czas po zawarciu małżeństwa. Są to te kwestie bez których poznanie się jest możliwe a których odkrywanie po ślubie daje autentyczną radość a noc poślubna czyni niezwykłą.

Żeby była jasność – tą tajemniczą i odkrywaną „pewną rzeczą po ślubie” jest seks. Żeby nie było wątpliwości, że mówimy tu o jakiś emocjach, poznawaniu swoich charakterów czy docieraniu swoich osobowości.

Po piąte: mieszkając razem para zaczyna po pewnym czasie zachowywać się jak „stare, dobre małżeństwo”- w takim negatywnym znaczeniu.

A jakie może być negatywne znaczenie dobrego małżeństwa?

Nie ma randek, nie ma czekania na spotkanie, kwiaty też są rzadziej. Dużo mniej chodzi się do kina, na spacery, no bo nie są to już okazje do spotkań skoro jesteśmy ze sobą na co dzień. I co się dzieje? Tak naprawdę mniej ze sobą rozmawiamy, szczególnie na ważne i głębokie tematy. Zaczynają się codzienne obowiązki, zaczynamy też tak trochę „przyzwyczajać się” do swojej obecności. Po pracy każde zajmuje się swoimi sprawami i często siedzimy osobno każde w swoim kącie. Niektórzy to zamieszkanie razem odbierają wtedy jako zmianę na gorsze. No bo on czy ona się nie stara! Kiedyś dzwonił, przychodził, zabiegał a teraz siedzi przed komputerem. Kiedyś ona czekała, zawsze pięknie wyglądała a teraz ma pretensje o zalaną wodą podłogę w łazience.

Pogubiłam się. To teraz nawet po ślubie małżonkowie powinny zamieszkać osobno żeby wspólne życie nie przytłoczyło ich codziennością?

I znów trzeba podkreślić, że to normalne problemy i „rozczarowania”, na które narażeni są wszyscy nowożeńcy i z którymi muszą się uporać ale tutaj nie ma małżeństwa i ludzie nieświadomi co się dzieje mogą dojść do wniosku, że tej drugiej stronie już spowszedniała.

To teraz wszystko jasne. Spowszednienie i znudzenie związkiem dopadnie zarówno tych bez ślubu jak i po ślubie. Tylko, że ci pierwsi zaczną wtedy panicznie biegać po domu i krzyczeć „co się z nami dzieje?!”, a ci drudzy ze spokojem stwierdzą „jesteśmy po ślubie, tak to już teraz będzie” i rozejdą się w ciszy po pokojach.

Chłopak i dziewczyna przed zaręczynami to jest pewien etap związku i nie ma powinno się go omijać poprzez udawanie małżeństwa.

Ej zaraz, ale po zaręczynach okres narzeczeństwa może trwać jeszcze przez długi czas. Wtedy przecież też nie wolno mieszkać razem i „udawać małżeństwa” dopóki nie ma ślubu. Ważne, że Fronda.pl jest konsekwentna w swoich przekonaniach.

Poza tym takie mieszkanie razem to trochę pójście na łatwiznę: bo chłopak nie musi dziewczyny do domu odprowadzić, bo nie musi do niej jeździć…

A co jest niezwykłego w odprowadzaniu się do domu? Bo osobiście wolałabym nie tracić czasu na dojazdy i poświęcić go na lepsze poznanie partnera. Nadal nie mogę pojąć logiki autora artykułu, który twierdzi, że przejście z etapu sporadycznego widywania się do wspólnego stawania czoła codziennym obowiązkom jest „pójściem na łatwiznę”.

A przecież takie powroty, spotkania i randki są bardzo romantyczne i dają tę nutkę tajemniczości, tęsknoty… Dziwi nas nawet, że chłopakowi nie chce się wykazać rycerskością wobec swojej dziewczyny.

Czyli jak chłopak tęskni za swoją dziewczyną do tego stopnia, że nie chce się z nią już rozstawiać i postanawia zamieszkać razem to straci swoją rycerskość. A dziewczyna traci pas cnoty od samego myślenia o partnerze.

Nawet jeśli nie mieszkamy razem to czasami mogą zdarzyć się takie sytuacje, że razem nocujemy. Np. byliśmy z dziewczyną czy chłopakiem u kogoś na weselu, które było w innym mieście i po weselu jest zapewniony nocleg.Czasem jest tak, że jeśli jest to rodzina jest możliwość spania osobno lub w większej sali, ale czasem jest to jeden pokój.(…)Nie chcemy tu pisać oczywiście o tym, by nie współżyć, bo to jest chyba samo przez siebie zrozumiałe. Zresztą po weselu czy całodziennej wędrówce po górach to jest to chyba ostatnia rzecz, na która człowiek ma ochotę; nie wyobrażamy sobie też współżycia pod dachem rodziców chłopaka czy dziewczyny. Ale pytacie często czy w takim wypadku można spać w jednym łóżku. No to my pytamy: po co?

Przede wszystkim się nie wyśpicie.

Bo jak będziecie spać w jednym łóżku przed ślubem to opęta Was demon i zaczniecie się wiercić.

Po drugie nie ma sensu spać razem a potem zastanawiać się czy przypadkiem to dotknięcie to nie był zbyt śmiały gest, czy przekroczyliśmy granice czy nie, czy iść od spowiedzi czy nie.

Eh, te życie w ciągłym stresie. Podczas snu dotknęłam jego ręki. Spowiadać się czy nie? Nie wytrzymam tego napięcia! Może na wszelki wypadek wezmę ślub? Drogie Bravo, pomóżcie…

Poza tym jeśli chłopak jest dżentelmenem to – jeśli jest tylko jedno łóżko – odstąpi je dziewczynie a sam prześpi się na karimacie, materacu, kocu, w śpiworze. No, każdy szanujący się mężczyzna tak postąpi. A zatem nie trzeba spać w jednym łóżku ani nawet nie trzeba. Zostawcie sobie te chwile na ” po ślubie”.

Każdy szanujący się dżentelmen powie swojej dziewczynie, że woli spać na ziemi, niż w jednym łóżku z nią.

To tak moi Drodzy w skrócie, bo argumenty z pewnością można mnożyć.

Z PEWNOŚCIĄ.


Z wielkim trudem dobrnęłam do końca tego artykułu i z równie wielkim bólem muszę stwierdzić, że mi przykro, bo nadal nie rozumiem dlaczego sieję zgorszenie, a moje życie z Przedmężem to porażka. Jesteśmy razem szczęśliwi i nie wyrządzamy z tego powodu nikomu krzywdy. Jednak jak się okazuje nie mamy do tego szczęścia prawa, dopóki się nie zaobrączkujemy.

Spośród tych wszystkich bzdur, które musiałam przeczytać najbardziej przeraża mnie wizja, że są na tym świecie ludzie, którzy w takie słowa wierzą i się do nich dostosowują. Słowa, z których wynika, że ludzie postanawiają zamieszkać ze sobą już po pierwszej randce. Słowa, które owe randki gloryfikują, ale nie wyjaśniają co powinniśmy się z nich dowiedzieć i do czego powinny one zmierzać. Słowa, które wywołują strach przed seksem przedmałżeńskim, a jednocześnie podają przykłady małżeństw, które przez takie właśnie zastraszanie mają potem problemy w związku. I wreszcie słowa, które wprost mówią, że nie liczy się Twoje szczęście tylko to co powiedzą o Tobie inni.

Po przeczytaniu tak absurdalnego artykułu mam ochotę dopisać do mojej listy grzechów kilka kolejnych, bo przekleństwa same cisnął mi się na usta. Skoro jednak mają mnie pochłonąć ognie piekielne to nie będę sobie dorzucać do pieca. Zamiast tego postanowiłam na chłodno przekalkulować ile w artykule pojawiło się rozsądnych argumentów przeciwko wspólnemu mieszkaniu przed ślubem. Zmroziło mnie kiedy okazało się, że zero. No to ja lekko rozgrzeję atmosferę i powiem Wam dlaczego warto najpierw wejść do wspólnego mieszkania zamiast od razu do kościoła:

Dzięki temu naprawdę dobrze się poznacie i poznacie Waszą prawdziwą naturę, a nie tylko najlepsze cechy starannie wyeksponowane podczas randek. Podczas wspólnego mieszkania musicie razem dzielić codzienność i zmierzyć się z takimi problemami jak np. szukanie zaginionych skarpetek. Podczas randek robicie tylko to co lubicie, a potem wracacie do swoich zajęć. I może się okazać, że wiele par w takiej wspólnej rzeczywistości nie potrafi się odnaleźć. Zupełnie tak jak tych zaginionych skarpetek. Może się okazać, że tak naprawdę to wcale się sobą nie fascynujecie tak jak myśleliście na początku. Niestety nie dowiecie się tego, jeżeli dawkujecie sobie kontakt i widujecie się tylko na randkach. Nie wspominając o tym, że brak satysfakcjonującego seksu również może być dla niektórych powodem do rozstania. Jednak według Frondy powinniście się o tym przekonać dopiero po ślubie i wziąć rozwód. A to znacznie większe straty finansowe, czasowe i psychiczne niż powiedzenie sobie „było miło” i rozejście się w swoją stronę.

Co się zmienia po ślubie w kwestii wspólnego mieszkania? Nic. To nadal to samo życie, te same obowiązki i Ci sami mieszkający ze sobą ludzie. Dlatego nie wiem czemu wciąż są osoby, które twierdzą inaczej i starają się na siłę forsować ideę wszechobecnej czystości, cokolwiek by ona nie znaczyła. Nie wiem po co komuś zaglądać do portfela, łózka czy w stan cywilny, skoro po zaobrączkowaniu nikt się losem takich ludzie potem nie przejmuje. Nikogo nie obchodzi czy tacy ludzie faktycznie do siebie pasowali, jak im się żyje i z czego spłacą ślub. Nie ważne czy mąż będzie bił żonę lub żona męża. Nie ważne czy będą siebie zdradzali lub czy będą porzucali niechciane dzieci. Najważniejsze jest to, że zrobili to „po bożemu”, a potem najwyżej wezmą rozwód. W końcu muszą dbać o statystykę. Prawie 40% wskaźnik rozwodów w Polsce nie wziął się z nikąd.

Mogłabym jeszcze zrozumieć to gdyby artykuł starał się przekazać ideę „nie spieszcie się z seksem, bo z tym zawsze zdążycie, a jak planujecie wspólną przyszłość to najpierw lepiej się poznać”. Jednak tutaj to wywołuje odwrotny skutek, bo taki artykuł wpędza w poczucie winy bez powodu – tylko dlatego, że ktoś jest szczęśliwy. Zabrania się nie tylko przedmałżeńskiego współżycia, ale też wspólnego mieszkania, bliskości, a nawet myślenia o sobie. Nawołuje do tego, by nie poznawać się bliżej o ile wcześniej nie sformalizowaliśmy związku, bo inaczej będziemy wyklęci przez społeczność. Co nie znaczy, że po ślubie będzie z górki, bo nawet wtedy seks nie jest mile widziany, a monotonię życia codziennego podsumowuje się stwierdzeniem „e, tak to już po ślubie jest”.

Takie portale jak Fronda.pl demonizują wspólne mieszkanie przed ślubem i starają się uczynić zakazany owoc z czegoś co każdy powinien móc doświadczyć na własnej skórze, bez oskarżającego wzroku na plecach. Nie zawsze warto pielęgnować drzewo, z którego owoce mogą okazać się robaczywe. Jak czytam na takich stronach porady typu „masz problemy w małżeństwie to się pomódl” to zastanawiam się dokąd zmierza te „uduchowione” społeczeństwo? I dlaczego takie osoby jak ja, które są w szczęśliwym związku i nie wadzą przy tym nikomu, wciąż są oceniane jakby swą radością popełniły ciężkie przestępstwo? Na myśl przychodzi mi tylko jedna odpowiedź – bo ktoś z wiary i religii postanowił zrobić sobie cyrk. Tylko, że takie cyrki bawią coraz mniej ludzi i coraz bardziej zaczynają wiać pustkami.

.