Liczyłam na lekką kobiecą literaturę podszytą esencją Rękodzieła. Dostałam ciężkie do strawienia czytadełko, po którym straciłam ochotę na szydełko.

Motyw Rękodzieła w literaturze to jeszcze niezaorany grunt. Przynajmniej jeśli chodzi o książki w naszym ojczystym języku. Takie pozycje dopiero kiełkują, więc sięgający po nie Twórca jest pełen nadziei, że autor w swym dziele właściwie przekaże czym jest nasza Pasja i jak ważne są owoce naszej pracy. Niestety, kiedy ja chwyciłam za książkę „Sklep na Blossom Street” to miałam wrażenie, że wyrwałam chwasta.

POMYSŁ

Jest tak oryginalny jak zawieszka z zapięciem. Kobieta ma pomysł na mały, niepozorny biznes, który nagle odmienia całe jej życie. Podobny schemat powtarzał się w wielu książkach, filmach czy serialach. Jednak nawet banalny pomysł można przekształcić na coś zupełnie nowego, prawda? Może i tak, ale pani Debbie Macomber nie zdecydowała się o tym przekonać.

W tej książce stereotypy ostatkiem sił przeganiają absurdy, ale największą zadyszkę złapała sama autorka, która nie nadążała za własnymi wątkami, przez co nie jest zachowana żadna ciągłość fabularna. Przykład – jedna z bohaterek postanawia wypić kawę, ale jak już zagotowała wodę to zalewa sobie herbatę. Nieistotny szczegół? Nie, kiedy wcześniej dostaliśmy dokładny opis tego jak bohaterka wstaje, sięga po czajnik, zastanawia się nad kawą, wyciąga kubek i ogólnie ma smaka na małą czarną, ale nagle dostaje chyba ataku amnezji, a kubki smakowe falą focha z przytupem, bo za chwilę siorbana jest herbatka. Typowa kobieta, hehe, nie potrafi się zdecydować, hehe. No właśnie, zapomnieliście, że tam z tyłu ciągle biegną zdyszane stereotypy.

Qrkoko.pl - "Sklep na Blossom Street" zbankrutował mój mózgPrzykład 2 – ta sama bohaterka kłóci się z mężem i wygania go z pokoju. Jak to kobieta. Jednak po jakimś czasie wraca do łóżka i zasypia obok niego. Typowe? Jasne. Tylko dlaczego dwie strony dalej dowiadujemy się, że ta sama kłótnia skończyła się pijackim tournée męża po okolicznych barach i jego powrotem nad ranem? Ano dlatego, bo autorka wylała się na właściwe kontynuowanie wątków i zazębianie się historii. Albo sama coś w siebie wlała przed pisaniem, w trakcie zgubiła się we własnej książce, a nad ranem próbowała znaleźć drogę, ale literki plątały się w oczach, a w głowie szumiało, więc poszła na skróty i pisała jak leci. To zwykły brak szacunku do przyszłych czytelników, z których próbuje się zrobić idiotów, bo może się nie połapią, że książka nie trzyma się kupy. Ewentualnie ma się nadzieję, że będą ją czytać po pijaku i wtedy nabierze sensu. Wiem, że wielu pisarzy wspomaga wenę procentami, ale Ty Debbie nie idź w ich ślady. Piłaś? Nie pisz.

GŁÓWNA BOHATERKA

Tu dochodzimy do kolejnego problemu książki. Mogłoby się wydawać, że będzie to kolejna propagandowa historia opowiadająca o postaci, która jest trochę fajtłapowata, trochę nieogarnięta życiowo, trochę pokrzywdzona przez świat, ale w ostateczności los się do niej uśmiecha i z pomocą przyjaciół osiąga sukces. Takich opowieści, które mają podnieść na duchu było wiele. Jednak w tym przypadku autorka wykreowała postać, która swymi działaniami zaprzecza swoim cechom charakteru. Jej postępowanie jest tak nielogiczne, że czytelnik nie potrafi się z nią utożsamić, a jedyne momenty kiedy główna postać wchodzi mu do głowy są wtedy jak uderza się książką w czoło, zastanawiając się jakim cudem bohaterka nie utopiła się patrząc z otwartą buzią na deszcz.

No dobra, to kim ona jest? Trzydziestolatka, która dwa razy pokonała raka. Mało? To w dodatku jest nieśmiała, zamknięta w sobie, bardzo wycofana i nieufna. Może tą postać trochę uwiarygodnić? No to niech nagle postanowi założyć sklep. Przecież w sprzedaży bezpośredniej kontakt z ludźmi nie jest chyba aż tak istotny? Nasza trzydziestoletnia Lydia określa siebie jako osobę rozważną, która nie ryzykuje i poważnie zastanawia się nad każdym ruchem. Dlatego kupuje lokal w ciemno, bo z zewnątrz przypomina jej sklep jaki kiedyś prowadził jej ojciec. Pośredniczka pyta czy bohaterka chce go dokładnie obejrzeć. Lydia odpowiada, że nie musi, bo czuje, że to jest jej miejsce. A ja czuję spaleniznę, bo ktoś tu nieźle pali głupa, wmawiając kilka stron wcześniej wielki rozsądek postaci. Wspomniałam, że ulica przy której mieści się lokal jest całkowicie wyłączona z ruchu, bo trwają tam remonty? Brzmi jak idealne miejsce na założenie Świata Włóczki! Przynajmniej tak czuje w kościach rozsądku Lydia, która postanawia otworzyć sklep na zamkniętej ulicy, gdzie w przyszłości mają stanąć budynki mieszkalne i bloki dla wyższych sfer.

Debbie Macomber już drugi raz kpi sobie z czytelników, najpierw pisząc nierealnie zakończone wątki, by potem stworzyć nierealną główną postać. Przedstawia nam kobietę stroniącą od kontaktów międzyludzkich, ale zakładającą biznes, który się na nich opiera. Oczywiście robi to bez żadnego przygotowania i wiedzy, bo tak postępują rozsądni ludzie. Jeżeli autorka chciała stworzyć zwyczajnie tępą postać tak niezdarną, że aż rozczulającą czytelnika to po pierwsze – Bella ze Zmierzchu robi to lepiej, a po drugie – ja podczas czytania się nie rozczulałam, tylko płakałam z bezradności.

Dwa błędy tak irytujące, że uprzykrzają czytanie. Czy usłyszę kpinę po raz trzeci? Oj, zdecydowanie tak, głupota sprzedana! Podobnie jak ta książka, czego chyba autorka się nie spodziewała, bo potraktowała ją jak brudnopis. Ja niestety jej „dzieło” kupiłam, a że nie lubię wyrzucać pieniędzy w błoto to przez to bagienko przebrnę do końca.

BOHATERZY POBOCZNI

Bohaterki drugoplanowe z pozoru mają rozbudowaną osobowość. Jak wiadomo, pozory mylą. Tak naprawdę to każda z nich cechuje się płaskim charakterem, a tak poza tym to… praktycznie niczym innym. Od pierwszych momentów poznania dokładnie wiemy jak potoczą się ich losy.

Mamy młodą dziewczynę Alix, która miała ciężkie dzieciństwo i teraz gra twardzielkę. Potem poznaje przystojnego chłopaka. Zgadujcie co dzieje się dalej:

a) Alix pozostaje sobą, bo piętno przeszłości na stałe zmieniło jej osobowość, a chłopak akceptuje jej nowe „ja”
b) Alix przelewa całą swoją złość i frustrację z dzieciństwa na chłopaka, przez co tworzy z nim toksyczny związek, bo jej terapia go rani
c) walić to, postawa Alix to tak naprawdę była tylko maska, a pod spodem okazała się istotą pragnącą miłości i przytulania

Dobra, znacie odpowiedź, więc to przyspieszmy. Dalej mamy bizneswoman Carol, która zdążyła zdobyć fortunę, ale nie zdążyła być matką, więc teraz ma wewnętrzne monologi o tym jak ma bardzo mało jajeczek, bo jest już stara, ale też bardzo się stara, bo chce zostać matką. Następna to Jacqueline, która jest oschła i ocenia ludzi po zasobności portfela. Oczywiście do czasu, bo potem jest wielka przemiana. Zdążyliście już pewnie załapać proces myślowy autorki. W jej świecie ludzie są jednowymiarowi i przechodzą duchowe przemiany tylko o 180 stopni. Ci bardzo źli stają się nagle bardzo dobrzy itp. Najbardziej spodobała mi się postać Margaret, czyli siostra Lydii. Zamierzenie było takie, że czytelnik miał ją znienawidzić, bo czepiała się naszej małej dziewiareczki, ale w praktyce wyszła jako jedyna realistyczna postać w książce. Podejrzewam, że to przez przypadek, może jakieś zrywy natchnienia na kacu.

ABSURDY FABUŁY

Lydia zakłada sklep z włóczkami, bo lubi robić na drutach. Tylko dlatego. Nie robi badań rynku, nie określa grupy docelowej, nie spisuje biznesplanu. Nawet na spacer nie wychodzi żeby sprawdzić czy nie ma w okolicy konkurencji. Za reklamę uważa wykupienie miejsca w książce telefonicznej i rozniesienie kilku ulotek.

Z jakiegoś powodu w sklepie Lydii nie można mówić o szydełkowaniu. To temat tabu, bo dla bohaterki liczy się jedynie robienie na drutach. Dwa razy zarzuca swojej siostrze właśnie to, że główna różnica między nimi jest taka, że Lydia robi na drutach, a Margaret umie szydełkować. Dlaczego druga technika jest zła? Nie mam pojęcia. Dziwię się podwójnie, bo Lydia prowadzi biznes, gdzie lekceważenie wykorzystania włóczki w innych technikach jest poważnym błędem, który może zniechęcić potencjalnego klienta do odwiedzin. Ale co ja tam wiem, to nie ja tu jestem tą rozsądną.

Lydia organizuje kurs dziergania dla początkujących. Zapisują się na niego 3 główne postacie drugoplanowe, każda z innych pobudek. Jednak wszystkie po trzech spotkaniach zaprzyjaźniają się ze sobą tak, że są gotowe oddać sobie dziecko, zasugerować u siebie pracę czy nawet stanąć w obronie życia. Jak ja chodziłam na kursy to szczytem integracji między kursantami była wymiana numerów. Natomiast w książce każde kichnięcie jest podniesione do rangi niesamowitego wydarzenia, które jest Tą Chwilą Zmieniającą Życie.

No więc mamy Carol starającą się o dziecko, która widzi ogłoszenie o kursie dziergania na dziecięcy kocyk. To znak z niebios! A to, że w całej książce ani razu się nie modliła i nie chodziła do kościoła to mały szczegół. Ta sama bohaterka stosuje też silne leki, diety, słucha kaset motywacyjnych i zmusza się do jedzenia tego co ją obrzydza, bo w Internecie przeczytała, że to pomaga na płodność. Po co słuchać swojego ciała, skoro można posłuchać kogoś z forum, kto twierdzi, że ananas przytwierdza płód do ścianki macicy.

Jascqueline poznaje swoją synową kiedy ta jest w 6 miesiącu ciąży. Jednak tego po niej nie widać, bo Tammy Lee jest opisywana jako szczupła dziewczyna. Ja wiem, że ciąże przebiegają różnie, ale w tak zaawansowanym stadium synową już by wydęło. Nie według autorki, która lekko ją zaokrągliła dopiero po miesiącu od tamtego wydarzenia. Następnie przechodzimy ze skrajności w skrajność, bo pod koniec książki pojawia się druga ciężarna, po której też nikt nic nie poznał. Dlaczego? Bo była gruba. Widocznie do tego stopnia, że sporej wielkości brzuch ciążowy został uznany za kolejną fałdkę tłuszczu.

KLISZE

Jak mało Wam stereotypów i absurdów to czas jeszcze na „klisze”, czyli schematy tak oklepane jak ciasto na chleb w kształcie tyłka Kardashian. Książka pełna jest dwóch rodzajów sytuacji: bezsensownych i bez znaczenia. Do moich ulubionych „klisz” zaliczam:

  • Metamorfoza urodowa zawsze odmieni Twoje życie i pomoże odzyskać Ci mężczyznę
  • Usilnie starasz się o dziecko? Twój brat zaliczy wpadkę z kobietą tak istotną dla fabuły, że nie pamiętasz jej imienia
  • Zaparkujesz w zaułku bogatej dzielnicy? Napadnie Cię dwóch chłopaków z zawiasami
  • Po chemioterapii cierpisz na silne migreny, na które musisz brać leki? Zapomnij ich zażyć akurat kiedy pójdziesz na grób ojca i zemdlej z bólu nad jego pomnikiem. Widzi to Twoja siostra, która od początku uważa Cię za attention whore. Od razu Ci wybacza.

CZYTELNICTWO SPADA!

No i ta książka do poprawy statystyk raczej się nie przyczyni. Książkę czyta się szybko, ale tylko dlatego, że jest bardzo nijaka. Nie jest też długa, a gdyby wyrzucić z niej wszystkie zbędne opisy jak bohaterowie gdzieś idą, palą papierosy, zaparzają herbaty czy jedzą obiad to byłaby o połowę krótsza. Żadna z tych sytuacji nie ma nic wspólnego z akcją, ale i tak czytamy dokładny opis brudnej toalety, bo pani Debbie uznała, że powinniśmy wiedzieć o zaciekach na muszli klozetowej.

Postacie są żywcem wyciągnięte z popularnych sitcomów lat 90. Zła dziewczyna pragnąca miłości, bizneswoman pragnąca dziecka, starsza pani pragnąca uwagi. Na końcu książki okazuje się, że spotkania robótkowe zmieniły ich życia, 10 lat zdradzania męża da się naprawić po jednym bzykanku, a złamane serce po jednym kuflu piwa. Aha, sceny seksu są żenujące. Co prawda nie tak jak w 50 twarzach Greya, ale już bardziej się napalicie oglądając TV Mango niż czytając erotyczne wynurzenia autorki.

Akcja praktycznie ciągle jest taka sama. Ktoś jest szczęśliwy, a później już nie. Potem znowu wszystko gra, a po chwili znowu samo dno depresji i posypywanie głowy popiołem. Z książki wręcz emanuje brak merytorycznej wiedzy o poruszanych przez autorkę tematach. Debbie próbowała pokazać różnicę między biedą, a bogactwem, ale opisała domy bohaterek tak jakby widziała je tylko w Simsach. Próbowała też pokazać, że zna się zarówno na wystawnych kolacjach, jak i zna środowisko narkomanów i wie jak wygląda ich melina. Tylko, że te opisy brzmią jakby kątem oka zobaczyła kawałek reportażu w telewizji podczas dziergania i na podstawie strzępków informacji zbudowała swoją narrację. Główna bohaterka reklamuje swoje płatne warsztaty tylko przyklejając taką informację na witrynę, tak aby była widoczna z ulicy. Ulicy wyłączonej z ruchu, gdzie rzadko ktoś się pojawiał. A i tak według autorki warsztaty miały wzięcie, a sklep od razu osiągnął sukces, gdzie początkujący w technice klienci kupują włóczkę na 400$ za jednym zamachem. A to tylko dlatego, bo Lyndia bardzo chciała żeby jej się udało! Nie panno Debbie, świat tak nie działa. Chyba, że bardzo popijesz i odlecisz w ten fantazji.

ZBYT WYSOKA POPRZECZKA?

Wiem, że miałam zdecydowanie zbyt duże wymagania wobec tej książki, zwłaszcza kiedy jej autorka określa siebie mianem „pisarza dla kobiet”. Bo wiecie, według niej literaturę kobiecą czytają tylko panie, które skrycie marzą wyłącznie o silnych męskich ramionach i posiadaniu potomstwa. Wiem też, że nie jestem targetem tej opowiastki i wątpię żeby ktoś zagłębiał się w nią z emocjami większymi niż podczas czytania etykiety ketchupu.

Jednak się wkurzyłam. Nie dlatego, że dostałam kolejną książkę o sile marzeń, przeciwnościach losu, które same się rozwiązują i super przystojnych facetach, którzy czają się za każdym rogiem. Wkurzyłam się, bo ta książka wyciera sobie gębę tematem Rękodzieła, które zostało potraktowane powierzchownie, bez faktycznego odniesienia do realiów. Wepchnięto je tam na siłę żeby złapać na kasę kilka Rękodzielniczek, które sądziły, że przeczytają fajną fabułę w klimatach ich Pasji. Równie dobrze Lydia mogłaby prowadzić świetnie prosperujący sklep obuwniczy, bo potrafiła wiązać sznurówki.

Dbajcie o swoje zdrowie i nie czytajcie tego badziewia. Zaoszczędzoną kasę wydajcie na włóczki, a stworzycie piękniejsze dzieło niż „Sklep na Blossom Street”.

3/10 bo okładka ładna

 

  • Neiti

    Myślę, że temat rękodzieła nie został poruszony tylko po to, by podstępem wydrzeć z Twojego portfela te ~30zł za książkę, a po prostu chodziło o coś… babskiego ;) I padło na rękodzieło, bo jednak faceci też sprzedają te wspomniane buty. Równie dobrze w roli tła sprawdziłby się pewnie salon kosmetyczny. Recenzja skutecznie zniechęca do sięgnięcia po książkę, więc w moim przypadku spełniła zadanie w 100%

    • Zdaje sobie z tego sprawę, ale też autorka wybrała taki temat, bo sama znana jest z tego, że dzierga. Szkoda tylko, że jej umiejętności robótek ręcznych nie przełożyły się też na sprawną pracę piórem.

      • Neiti

        Może jednym okiem pisała, a drugim dziergała, kto ją tam wie ;) Widzę, że powstała kontynuacja tego arcydzieła – „Back on Blossom Street” – może tam jest lepiej? Chociaż jeżeli pierwsza część tak zniechęciła, to chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie weźmie się za drugą…

        • Ja generalnie nie piję alkoholu, a nie wiem czy moja psychika zniosłaby drugą część na trzeźwo, więc chyba spasuję.

  • Makunka

    Kiedy zaczęłam prowadzić sklep z włóczkami, jedna z klientek poleciła mi tę książkę. Nie przebrnęłam nawet przez połowę. Nie zwróciłam uwagi na te nieścisłości, o których piszesz, jednak sam klimat tej książki był dla mnie nie do zniesienia. Nie czułam w niej nic prawdziwego, jedynie jakieś kompletnie z czapy wyjęte historie, wymyślone i mocno naciągane problemy, sztuczne dialogi, fałszywie stworzone relacje. A ja również liczyłam na miłą, lekką, kobiecą (cóż za niepoprawność polityczna!) lekturę. Temat jakby na to nie patrzeć był mi bliski… Może to kwestia tłumaczenia? Zawsze w takich przypadkach, gdy jakaś książka osiąga sukces, a z tą tak zdaje się było, myślę sobie, że to niemożliwe, aby tyle osób się myliło. I tylko ja taka jakaś wymagająca jestem. I wtedy właśnie przychodzi ta myśl o tłumaczeniu. Może? Nie będę tego sprawdzać, bo fabuła i tak mnie znudziła. Może książkę napiszę? Mam takie fantastyczne klientki!? Pozdrowienia!

    • Nie wiem czy tłumaczenie cokolwiek by zmieniło w kiepsko wykreowanych postaciach czy braku logicznego ciągu wielu wątków :P

  • Chapalet

    Powiem tak. Po przeczytaniu Twojej recenzji na pewno nie przeczytam tej książki. Ani składu ani ładu.

    • No niezbyt warto :P Ten czas można spożytkować na wiele przyjemniejszych rzeczy ;)

  • Katarzyna Ratajczak

    Niestety, od tej autorki nie należy zbyt wiele wymagać. Nawet najbardziej zdeterminowane amatorki tzw. „literatury kobiecej” ją omijają. Wiem, co mówię – biblioteczne statystyki nie kłamią!

    • No cóż… ja sama też już będę ją unikać :)