Kiedy chcemy się z kimś podzielić swoją pasją wtedy szukamy osób podobnych do nas i dołączamy do różnych rękodzielniczych zgromadzeń. Czasami jednak może się okazać, że trafimy do towarzystwa wzajemnej adoracji, z którymi musimy klepać się po plecach żeby nie dostać od nich kopa w dupę.

Z lokalnymi spotkaniami jest jakoś inaczej. Ludzie tam są bardziej szczerzy i otwarci na siebie, dlatego powstało mnóstwo świetnych miejskich inicjatyw, gdzie mona miło i pożytecznie spędzić czas w kreatywnym gronie. Inaczej wygląda sytuacja w miejscach wirtualnych, bo tam o wiele łatwiej spotkać się ze złośliwościami, hipokryzją czy bezsensowną agresją.

Rękodzielnicy, którzy dołączają do internetowych for lub grup na Facebooku zazwyczaj mają wielki apetyt na nowe znajomości, wymianę wiedzy czy doświadczeń, dlatego kiedy dostają tego cały zestaw to cieszą się, że mogą zaspokoić swój głód, ale nie do końca wiedzą w co się wgryzają. Często okazuje się, że trafili do skażonego środowiska, którego szkodliwe oddziaływanie odczuwają dopiero po czasie, bo z zewnątrz nie widać tego co jest zepsute w środku. A najczęściej są to skostniałe poglądy, pochopne ocenianie, wybujałe ego i umysły zamknięte na inne możliwości niż te powszechnie przyjęte. To, przez co w takich miejscach odbije nam się czkawką i zaszkodzi nam najbardziej paradoksalnie mamy w sobie – to nasze własne zdanie.

Facebookowe grupy składają się z ludzi o podobnych poglądach, które nie zawsze musimy podzielać. Niestety, nie wszędzie mamy prawo o tym powiedzieć, bo chociaż takie miejsca kuszą oceanem wiedzy to rządzą się też swoimi prawami – nowi użytkownicy niczym ryby głosu tam nie mają, a jak spróbują coś zabulgotać to zostaną pożarci przez starych wyjadaczy. Nawet jeżeli mieli coś wartościowego do przekazania.

Sama przekonałam się o szkodliwości takich środowisk kiedy swojego czasu poruszyłam temat plagiatu i rozpracowywania wzorów cudzych prac. Za własne zdanie i poglądy zostałam zrównana z ziemią do tego stopnia, że zakopałam się pod nią na dobrych kilka dni. Światło dzienne ujrzałam dopiero kiedy przeprowadziłam wywiad z prawnikiem, który potwierdził moje przypuszczenia. Uzmysłowił mi, że nie ma sensu się chować, bo to ja miałam rację, a nie kilkaset osób, które w niecenzuralny sposób starało mi się wmówić, że jest inaczej. Wiem, że mój przypadek nie jest odosobniony i jest wielu innych Rękodzielników, którzy na Facebookowych grupach zostali zakrzyczeni lub zbanowani przez własne zdanie – niezależnie od tego czy śmieli podważyć czyjeś umiejętności, zwrócili uwagę na niską jakość prezentowanych prac, mówili o ich wycenie czy prawach autorskich. Są miejsca w Internecie, gdzie jeżeli nie myślisz tak jak większość to nie myślisz wcale. A ja się zastanawiam czy w ogóle warto w takich miejscach być.

JESTEŚ Z NAMI TO MYŚL TAK JAK MY

Na wielu Facebookowych grupach można odczuć swojego rodzaju hierarchię. Najczęściej jest tam kilkadziesiąt osób, które mają „powszechne szanowanie” i nawet jeżeli powielają skrajne głupoty to należy traktować je jak objawienie, bo inaczej spotka nas kara. W takich miejscach najskuteczniej kiełkują poglądy psujące polski rynek Rękodzieła typu: „można sprzedawać bez działalności”, „w Sieci nie istnieją prawa autorskie” czy „nie trzeba dbać o jakość, wystarczy zejść z ceny”, bo każda próba wyprowadzenia kogoś z błędu jest usuwana. Poglądy, które niczym chwasty należy jak najszybciej wyplenić, a nie stwarzać im warunki do dojrzewania.

  • Zwrócisz uwagę na nierówne wykończenie pracy? Mówisz tak pewnie z zazdrości! BAN
  • Śmiesz twierdzić, że 5 złotych za ręcznie robione prace to trochę za mało? Proszę jaka konkurentka, sama byś chciała za tyle sprzedać! BAN
  • Zaryzykujesz wnioskiem, że zdjęcie wrzucone do Sieci nie traci praw autorskich i nie można kopiować go bez zgody? My tak tutaj robimy, a jak się nie podoba to wypad! BAN

Przebywanie w takich miejscach bywa bardzo szkodliwe, bo człowiek nabiera tam wielkich wątpliwości. Po pierwsze co do swoich przekonań – bo skoro tyle osób powiela bzdury typu „nikomu nie dzieje się krzywda przy kradzieży wzorów” to może rzeczywiście nie ma w tym nic złego? A po drugie co do wiary w zmianę na lepsze – bo skoro skala złych praktyk jest tak wielka i nikt tam nie wyrywa się do rewolucji to czy kiedykolwiek będzie inaczej? Aby pozbyć się tych wątpliwości należy zrobić dwie rzeczy – zrozumieć źródło ich pochodzenia, a potem się od niego odciąć.

JAK POWSTAJĄ KÓŁKA WZAJEMNEJ ADORACJI?

Początek zazwyczaj jest taki sam – kura, jajko, a potem grupka znajomych, która chce sobie wirtualnie poplotkować, więc zakłada swoje miejsce w Sieci. Grupka zaczyna się lubić, wzajemnie się komplementować i dobrze czuć w swoim towarzystwie. A potem ich grono zaczyna się rozrastać i grupka nie za bardzo wie co z tym zrobić. Jakie są najbardziej charakterystyczne cechy kółek wzajemnej adoracji?

BRAK OBIEKTYWIZMU

To najczęstszy zgrzyt jaki wychodzi w źle prowadzonych grupach. Zazwyczaj można to zauważyć w ocenianiu poziomu wrzucanych tam prac. Kiedy swoje dzieła prezentuje tzw. grupa trzymająca władze to zwykle komentarze jakie się przy tym pojawiają brzmią podobnie: „och kochana jakie piękne / ślicznie Ci to wyszło / no naprawdę cudo”. Nawet wtedy kiedy są to pierwsze podejścia do nowej techniki i od samego patrzenia oczy krwawią tak, że nieświadomie można zostać honorowym dawcą. Tylko, że nie można wtedy w kulturalny sposób zwrócić uwagi na błędy i zasugerować ewentualne poprawki, bo szanowne grono czuje się urażone i same ma ochotę wydłubać Ci oczy. I to samo działa w drugą stronę – wrzucasz zdjęcie swojej pracy licząc na konstruktywne uwagi, a w zamian dostajesz tylko „brzydkie, ja robię lepsze i to taniej”.

To wszystko efekt klepania się po pleckach. Jeżeli do tej pory grupa funkcjonowała na zasadzie wymieniania pustych komplementów i wzajemnym dopieszczaniu się, to trudno im przestawić się nagle na tryb „a może nie mam racji i powinnam posłuchać co inni mają do powiedzenia?”. Ludzie, którzy nie są otwarci na krytykę, tylko są zamknięci we własnej bańce zajebistości zawsze będą się odbijać nawet od najbardziej merytorycznych argumentów, dopóki ktoś im tej bańki nie przebije.

BRAK WIEDZY

Wielu Rękodzielników nie posiada elementarnej wiedzy z zakresu techniki, w której się obracają. Część z nich nie zna nawet podstawowego nazewnictwa. Jeżeli takie osoby wyrywają się do oceniania cudzych umiejętności to rzadko wyniknie z tego coś dobrego. To samo dotyczy też wszelkich poglądów na temat branży handmade. Jeżeli ktoś uparcie skanduje hasła typu „nikomu nie szkodzę sprzedając prace na czarno!”  lub „nie masz patentu na wzór to nie masz do niego praw”, a w życiu nie czytał nawet spisu treści kodeksu prawa czy podręcznika do ekonomii, to wiadomo, że są to slogany puste niczym łeb skandującego. Na takich grupach łatwo wychwycić kto jest ekspertem od wszystkiego i lubi się wypowiadać na tematy, o których nie ma pojęcia, bo najczęściej wygłasza populistyczne poglądy, które zbierają poklask, ale mijają się z prawdą.

BRAK PRAWDZIWEJ CHĘCI ZMIANY

Kiedyś na jednej z grup dostałam długi komentarz odnośnie mojego wpisu Czy można sprzedawać bez działalności? W skrócie jego autor zarzucał mi to, że straszę Rękodzielników konsekwencjami prawnymi, miał mi za złe to jak są skonstruowane polskie przepisy, a na samym końcu wygłosił tyradę o tym, że Rękodzielnicy powinni łamać polskie prawo jak popadnie, bo przecież kraj im niczego nie ułatwia. Pomijając już bzdurne argumenty jego komentarz charakteryzował się jeszcze jedną cechą bardzo pospolitą dla znacznej części polskiego rynku rękodzieła – brak prawdziwej chęci zmiany.

Wielu Twórców wyznaje poglądy, które są dla nich wygodne, czyli takie, w których nie muszą za wiele robić, aby było im dobrze. Chcą żeby inni szanowali ich pracę, ale nie mają oporów żeby samemu „pożyczyć sobie” czyjś pomysł jak im się spodoba. Narzekają na chińską masówkę zalewającą rynek, ale sami nie dbają o jakość swoich produktów i sprzedają je na masę po niskich cenach. Nie podoba im się to, że w kraju nie opłaca się zakładać firmy, ale nie szukają na to żadnych alternatyw lub nie strajkują pod Sejmem, tylko dalej działają w szarej strefie uprzykrzając życie tym, którzy sprzedają swoje prace legalnie. Jest cała masa Rękodzielników, którzy nie chcą nic zmieniać, bo im jest dobrze tak jak jest i dlatego szukają osób do siebie podobnych, aby ktoś ich poparł. Oni wiedzą, że kopiując cudze prace czy sprzedając je po kosztach postępują nielegalnie i nieetycznie, więc bardzo potrzebują kogoś kto utwierdzi ich w przekonaniu, że to co robią nie jest aż takie złe, skoro powtarzają to też inni.

JAK PRZERWAĆ KOŁO WZAJEMNEJ ADORACJI?

Najlepiej tego nie robić. Sama z daleka omijam miejsca, gdzie na moje wpisy ludzie reagują jak wampir na wodę święconą, bo wiem, że ja nic tam nie zwalczę, a tylko napsują mi krwi. Nie wszyscy mają zdrowy rozsądek i otwarty umysł, dlatego nie warto wszystkich „ratować” za wszelką cenę. To często walka z wiatrakami, która kończy się banem, bo jak ktoś nie chce przyjąć dobrej rady to nie zrobi tego pod żadnym przymusem. Dołączamy do grup, ponieważ szukamy w nich nie tylko wiedzy czy inspiracji, ale przede wszystkim akceptacji. Nie ma sensu przebywać w takiej, gdzie przez własne zdanie czujemy się jak na Woodstocku z tą różnicą, że jak zmieszają nas z błotem to nie jest nam do śmiechu.

Zdaje sobie sprawę, że jest mnóstwo miejsc, w tym grup na Facebooku, gdzie siedzą świetni ludzie, z którymi można porozmawiać na wiele trudnych tematów jak plagiat, szara strefa w Rękodziele czy obecny poziom jakości prac. Można tam wymieniać swoje poglądy, często skrajnie różne od siebie, a każda sprzeczka jest przeprowadzona w kulturalny sposób i nie kończy się kasowaniem dyskusji oraz użytkowników. Dlatego powinniśmy się skupić na przebywaniu wśród ludzi, u których widać światełko w tunelu, zamiast próbować oświecić, tych którzy błądzą po omacku.

Nie otwierajmy zamkniętych kółek adoracji, jeśli one same są zamknięte na nowych ludzi, pomysły, czy poglądy. Nawet jeżeli teraz błyszczą w blasku nieomylności to w końcu staną się tylko własnym cieniem.

.