Taka myśl towarzyszyła mi od dnia rezerwacji biletu do dnia jego podbicia przy odprawie.

Myśl okazała się zbyteczna jak korespondencyjny kurs przetrwania na morzu, który przeszłam przed podróżą. Po części przez fakt, że wcale nie leciałam nad morzem, ale w głównej mierze przez to, że latanie nie okazało się tak straszne jak sądziłam. Mądry Qrchuck po locie.

BILET DO NIEBA

W dniu, w którym dowiedzieliśmy się z Przedmężem, że przyjęli nas na BFG 2015 i musieliśmy się dostać do Gdańska, mieliśmy dylemat pokroju „być albo nie być”. Mogliśmy tam pojechać sprawdzonymi środkami lokomocji jak pociąg, gdzie na własne życzenie odcięlibyśmy sobie dostęp do świeżego powietrza lub bus, gdzie naszym ostatnim życzeniem byłoby odcięcie sobie nóg żeby w końcu się zmieścić w tamtejsze fotele. Nagle w głowach zaświtała nam rewolucyjna myśl – a może by tak polecieć samolotem? Poczuliśmy dreszczyk emocji tak jak wtedy gdy Przedmąż zrobił coś równie szalonego i postanowił przestać wkładać podkoszulkę w spodnie. Jednak tym razem nie była to tak łatwa decyzja, bo słyszeliśmy już kiedyś, że loty bywają niebezpieczne. Co prawda nasza wiedza o katastrofach lotniczych ograniczała się do serialu Lost, ale nawet jeżeli to była fikcja to nie chcieliśmy ryzykować, że zostaniemy pozbawieni stałego dostępu do burgerów i włóczek. Zresztą nie oszukujmy się – Przedmąż na bezludnej wyspie nie przeżyłby nawet jednego dnia, bo zanim wystrugałby sobie lodówkę z bambusa to umarłby z głodu. Dlatego zanim zdecydowaliśmy się na lot do Gdańska musieliśmy rozważyć wszelkie za i przeciw, przemyśleć jaką wartość ma dla nas życie, zastanowić się ile już w nim osiągnęliśmy i co zostawiliśmy po sobie oraz zaklepać jakimi będziemy zwierzętami, gdyby reinkarnacja okazała się prawdą. A potem sprawdziliśmy ceny biletów i jak okazało się, że kosztują 30 złotych za osobę to kliknęłam przycisk „Rezerwuj” szybciej niż Przedmąż wykrzyczał, że nie zgadza się by po śmierci zostać kamieniem.

LECĘ BO CHCĘ (ALE CORAZ MNIEJ)

Wspominałam już, że czasami mam lekką paranoję na punkcie nieznanych mi rzeczy? Jak tylko wykupiłam bilety na lot od razu obdzwoniłam wszystkich znajomych, którzy mieli coś wspólnego z lataniem. Nawet jeżeli miało to być tylko latanie do sklepu. O locie samolotem chciałam wiedzieć wszystko, dlatego wypytywałam nawet o najdrobniejsze szczegóły typu „czy mogę przypadkiem przez cały lot siedzieć tyłem” lub „czy mogę na chwilę otworzyć okno żeby się przewietrzyć”. Niestety zbyt wiele wiedzy nie wyniosłam, bo najczęściej słyszałam tylko „Agata, jest 3 w nocy, zadzwoń do mnie rano!”. Powoli zaczęłam panikować, zwłaszcza kiedy wczytywałam się w regulamin linii lotniczych. Na wszelki wypadek wyrzuciłam z walizki wszystkie skarpetki Przedmęża, bo bałam się, że łamią jakieś procedury bezpieczeństwa. à propos wypadków to dowiedziałam się też, że te samolotowe mają prawie 100% skuteczności, także błyskawiczną śmierć miałam zagwarantowaną, co mnie trochę uspokoiło. Jak ginąć to z przytupem.

KIERUNEK LOTNISKO – WIĘZIENIE

W dniu wylotu wszystko miałam dopięte na ostatni guzik – pożegnałam się z rodziną, spisałam testament i spakowałam gumę do żucia. Podobno miało mi to pomóc na zatkane uszy. Niestety nie dopytałam, w którym momencie miałam ją żuć, więc zaczęłam już w w drodze na lotnisko. Samo dotarcie tam było już dla mnie stresującym wydarzeniem, bo wyobrażałam sobie, że na bramkach będę piszczeć bardziej niż Mandaryna bez playbacku, wezmą mnie na rewizję osobistą, a potem zamkną w więzieniu za przemyt nielegalnych substancji, bo przyznam, że jestem uzależniona od Tworzenia. Na wszelki wypadek pojechałam tam na czczo. Na miejscu moje obawy zostały lekko rozwiane. Ze ścian nie lała się lawa tak jak myślałam, tylko wszędzie były monitory informujące o wylotach i przylotach. Bramek nie pilnował Cerber, tylko zwykły ochroniarz, który choć posturą trochę go przypominał to ślinił się na pewno mniej. Sama odprawa nie była rygorystyczna jak myślałam, bo nikt zbytnio nie wnikał czy przewożę bomby, alkohol czy wąglik, byleby tylko zmieściło się w limitach wagowych. Przedmąż miał trochę bardziej stresującą przeprawę, bo kazali mu zdjąć buty, a on akurat tego dnia musiał założyć dziurawe skarpetki. Na szczęście nie zamknęli go za posiadanie broni biologicznej i mogliśmy spokojnie ruszyć w kierunku bramek, czy jak się później dowiedzieliśmy „gejtów”.

CZY LECI Z NAMI PILOT?

Przejście przez bramki również odbyło się bez żadnych komplikacji i byłam już dobrej myśli, że latanie może być przyjemne, aż w końcu wyszliśmy na płytę lotniska i zobaczyłam samolot. Boże, jakie to wielkie! – zakrzyknęłam, a kilku z panów wtedy naiwnie upewniło się czy nie chodzi o ich rozpięty rozporek. Co prawda byłam świadoma jakie rozmiary ma samolot, ale zdjęcia nie oddają tego co widzi się w rzeczywistości. Mimo wszystko pokonałam swoje lęki i nie zawróciłam się w ostatniej chwili, chociaż może to przez to, że nie zwróciliby mi już za bilet. Kiedy wsiadłam do samolotu to cały czar tajemniczości latania prysł – tu jest zupełnie jak w pociągu! Tylko w toaletach trochę czyściej. I o to było tyle krzyku? Phi.

Rozsiadłam się wygodnie i zaczęłam się przyglądać występowi stewardes, który miał rozluźnić publiczność. Po krótkim tańcu synchronicznym z wykorzystaniem ciekawych rekwizytów jak kamizelka ratunkowa czy maseczka z tlenem poczułam się już naprawdę zrelaksowana i przestałam się bać tego całego lotu. Do momentu kiedy podeszła do mnie jedna ze stewardes i zaczęła mówić coś po angielsku. W takich chwilach człowiek zdaje sobie sprawę jak zmarnowanych potrafi być 10 lat nauki języka, jeżeli jedyne angielskie słowo jakie potrafi wtedy wykorzystać w rozmowie to „OK”. Kiedy emocje opadły dotarło do mnie, że pani zaproponowała mi przesiadkę o jeden rząd w przód żebym mogła siedzieć przy oknie i podziwiać widoki. Przesiadłam się i zauważyłam, że koła zaczęły się ruszać, a  my szykowaliśmy się do startu.

WIDZIAŁAM ORŁA W DZIEŃ

Start samolotu z początku nie różnił się zbytnio od podróży busem lub pociągiem, bo trzęsło podobnie. Jednak wraz z rosnącą prędkością zwiększała się siła zmiażdżenia mojej szydełkujacej dłoni, którą ściskał Przedmąż. Wtedy zorientowałam się, że samolot zaczyna się unosić i zrozumiałam, że to był ten moment kiedy powinnam coś żuć. Myślałam, że w Gdańsku wyląduję jako głuchoniema i wkurzyłam się, bo powrotny bilet wykupiłam bez żadnej ulgi. Na szczęście kika przełknięć śliny załatwiło sprawę i mogłam już słyszeć zachwyty pasażerów, do których sama po chwili dołączyłam.

Latanie jest piękne. Kiedy obserwowałam zmniejszające się budynki przypominające teraz potłuczoną porcelanę to poczułam się malutka, co przy moich 160 centrymetrach wzrostu jest sporym wyzwaniem. Patchworki pól uprawnych uspokoiły mnie znajomym wyglądem, a kiedy wlecieliśmy w chmury wydało mi się, że jestem równie lekka jak one i myśli o nadprogramowych kilogramach odleciały gdzieś hen daleko. Rozsiadłam się wygodnie, podziwiałam krajobrazy i pozwoliłam się unieść nowej przygodzie. A po chwili zostałam brutalnie sprowadzona na ziemię, bo pilot po 20 minutach powiedział, że zaraz lądujemy. Ja nie chcę! Nie możemy mieć jakiegoś opóźnienia? Albo chociaż postoju?! To co dobre miało szybko się skończyć, bo odległość od ziemi zaczęła stopniowo się zmniejszać, podobnie jak dopływ krwi do mojej ręki. Jednak twardo trzymałam dłoń Przedmęża, który po raz kolejny wmawiał wszystkim wokół, że zginiemy. Kiedy lądowanie przebiegło bez problemu, a my niczym Syrio Forel powiedzieliśmy śmierci „nie dzisiaj” trzymałam jego dłoń jeszcze mocniej. Według oficjalnej wersji to ze szczęścia i miłości, a tak naprawdę to dlatego żeby nie zaczął klaskać. Wszystko poszło gładko i przyjemnie, cała podróż kosztowała nas prawie dwa razy mniej i skończyła się prawie dwa razy szybciej.

Latanie jest super. Naprawdę nie wiem czego Wy się tak baliście.

.