Banki są dla mnie jak szpinak. Nie lubię go, ale wiem, że czasem trzeba zjeść.

Jednak szpinak zawsze można doprawić tak, aby dało się go przełknąć. Można też wpakować do buzi szpinakową bryłę prosto z zamrażarki i dziwić się, że staje w gardle. Mój bank właśnie tak serwuje mi szpinak i dziwi się, że mi nie smakuje.

Wiecie, ja mam dość ograniczone zaufanie do banków. Nie przekonują mnie reklamowe plakaty, które pytają po ilu pożyczkach się uśmiechnę. Od Pana Kleksa też nie chcę brać kredytów, bo wiem, że potem zamiast grać w berka z chłopcami na A, będę musiała bawić się ciuciubabkę z chłopcami na W(indykator) i K(omornik). Na każdym kroku napotykam wielkie hasła: promocja, za darmo, zero procent, bierz wszystko i nic nie oddawaj. Tylko gdzieś tam pomiędzy nogami plączą się po cichutku te wszystkie gwiazdki, kropeczki, załączniki i drobne druczki.

Dla mnie bank to tylko wirtualna skarpeta, której nie trzeba prać. Moje konto to tylko zatoka dla przelewów, które i tak szybko toną w morzu wydatków. Może jestem finansową ignorantką, ale ja nie bawię się w żadne inwestowanie, lokaty czy kredyty. Dlatego wiem, że dla mojego banku mam niewielką wartość, skoro moich wpływów w ich źródełku jest tyle, co kot napłakał. Jednak w obliczu ostatnich sytuacji sama miałam ochotę uronić łezkę, bo bankowe absurdy były tak gęste, że aż szczypały w oczy. Mimo, że nie mam wielkiego skarbca jak wujek Sknerus i mój bank skacząc do niego na główkę złamałby sobie kark, to jednak wymagam odrobiny zainteresowania, nawet, jeżeli kasy do banku dostarczam tyle, że ledwo starcza na brodzik. Bo oprócz szpinaku nienawidzę jeszcze dwóch rzeczy – głupoty i ignorowania. A to mój bank gwarantuje mi w pakiecie.


 NISKIE OPROCENTOWANIE ZAINTERESOWANIA

Mój bank jest dosyć specyficznym gatunkiem leniwca. Zazwyczaj prowadzi spokojny żywot i kiedy ja zgłaszam na ich BOK, że nie mogę się zalogować na swoje konto to dostaję od nich odpowiedź o awarii jakiś miesiąc później. Jednak czasami zdarzają mu się porywy dzikości, kiedy to znienacka atakuje mnie opłatami za prowadzenie konta, których podobno miało nie być. Dlatego tym razem postanowiłam porzucić interwencję internetową i chciałam załatwić swoją sprawę osobiście. Dzięki temu mogłabym szturchać ich kijkiem, gdyby nagle zasnęli, ale i tak profilaktycznie wzięłam ze sobą namiot, gdyby przyszło mi znów czekać miesiąc na odpowiedź. A po co tak właściwie tam poszłam?

Chciałam tylko zmienić numer telefonu, na który mają przychodzić jednorazowe kody SMS do autoryzacji przelewów. Wydawało mi się, że to prosta sprawa, ale nie w pokręconym systemie mojego banku. Poszłam do najbliższego oddziału gdzie odstałam swoje w kolejce, by dopchać się do biurka. Przysiadłam na krzesełku i powiedziałam pani z obsługi, że ja tu tylko poczekam aż wróci mi czucie w stopach, a w międzyczasie możemy zmienić mój numer. Pani potraktowała moją sprawę poważnie do tego stopnia, że aż włączyła drukarkę, po czym stwierdziła, że nie może mi pomóc, bo… drukarka nie działa. Na szczęście zdążyłam zasugerować, że najpierw należy ją podłączyć do prądu i włożyć papier, zanim musiałabym szturchać kijkiem zasypiającą panią. Udało się wydrukować formularz, który ochoczo podpisałam, pani z obsługi ochoczo zapewniła mnie, że od tej pory wszystko będzie działać jak należy, po czym ja ochoczo pokuśtykałam do domu zadowolona, że wszystko udało się załatwić. Miesiąc później zrobiłam przelew i kod SMS nadal przychodził na stary numer. Trzeba było tłuc leniwca kijkiem póki był na miejscu.

Zachodzę do oddziału drugi raz. Stopy drętwieją podobnie, pani z obsługi też podobna. Zastanawiam się czy mam déjà vu. Tłumaczę, że miesiąc temu podpisałam wszystkie druczki i numer powinien być zmieniony, na co pani mi odpowiada, że owszem nowy numer jest już w ich bazie, ale żeby go aktywować trzeba zadzwonić na infolinię i się zweryfikować kodem, który przyszedł pocztą. Pytam po co, na co mam dzwonić i się weryfikować kodem sprzed kilku lat, skoro jestem na miejscu i można mnie zweryfikować po wszystkim, nawet rewizję osobistą zrobić jak jest taka potrzeba? Pani odpowiada, że nic nie poradzi, bo takie są procedury. No więc dzwonię na infolinię, słucham tych melodyjek, tracę fundusze na telefonie i mówię konsultantowi, że chcę w końcu zmienić swój numer. Na co pan konsultant odpowiada, że mogę zamówić na adres domowy kody zdrapki, po czym je aktywować na starym numerze, przenieść usługę na nowy numer, na nowym numerze deaktywować usługę zdrapek, włączyć kody SMS i już wszystko będzie działać. Ja mówię, że pogubiłam się już w połowie i pytam czy nie może mi aktywować tego numeru ot tak, po prostu, skoro widzi go już w bazie? Nie może, procedury. Zrezygnowana wracam tam skąd chciałam uciec. Rozbijam namiot i piszę na ich BOK.

BANKRUCTWO LOGIKI

O dziwo odpowiedź dostaję o wiele szybciej, bo już po kilku godzinach! Jestem w jeszcze większym szoku, bo pani z BOKu przyznaje mi rację!! Taka zmiana numeru powinna się odbyć na miejscu w oddziale po złożeniu dyspozycji, bez konieczności dzwonienia po infoliniach. No to pytam panią z BOKu dlaczego mój numer nie jest jeszcze zmieniony skoro w oddziale byłam dwa razy, wypełniłam wszystkie druczki i według tego co do mnie pisze powinno już być po sprawie? Pani mi odpisuje, że nie wie i jak chcę numer aktywować to mogę zadzwonić na infolinię, gdzie muszę chuchać, dmuchać i wykrzykiwać numerki żeby połączyć się z panem konsultantem, który mi ten numerek kliknie. Chcę już chwytać za kijek, ale ostatkami sił pytam ostatni raz czy nie mogą mi tego numeru aktywować od ręki skoro jest już od miesiąca wprowadzony do bazy i każdy z banku zapewnia mnie, że powinno to być załatwione na miejscu? Po co mam gdziekolwiek jeszcze dzwonić? Odpowiedź nie przychodzi już tak szybko jak wcześniej, bo dopiero po całym dniu. Odczytuję – Przepraszamy, nie możemy. Takie procedury.


Ja naprawdę rozumiem to, że w bankowej hierarchii jestem planktonem, ale naprawdę nie rozumiem takiego pokładu głupoty oraz ignorancji. Po co bank tworzy własne procedury komplikujące sobie pracę, a potem sam sobie zaprzecza twierdząc, że coś co powinno być zrobione może być jednocześnie niewykonalne? Żeby nie było nieporozumień – nie mam nic do żadnej z obsługujących mnie wtedy osób, bo mimo, że zdarzały się także takie mało ogarnięte to jednak każda z nich była bardzo miła. Jestem świadoma, że oni tylko przestrzegają odgórnie narzuconych zasad. Tylko nie mogę sobie uświadomić, że ktoś takie pokręcone zasady wymyślił i wprowadził w życie. Skoro zwykła zmiana numeru sprawia takie trudności to boję się pomyśleć co by było gdybym miała naprawdę poważny problem do rozwiązania.

KREDYT ZAUFANIA

Jestem świadoma tego, że skoro nie dostarczam bankowi milionów to nie mam co liczyć na całodobową uwagę. Jednak chciałabym poczuć minimum zainteresowania moją sytuacją, zwłaszcza kiedy przychodzę z taką błahostką jak zmiana numeru. Tymczasem czuję, że jestem tylko kolejnym odhaczonym ticketem, przy którym nikt się nie zastanawia czy naprawdę jego problem został rozwiązany. Tylko, że takich osób jak ja banki mają całe mnóstwo. Z banków nie korzystają tylko multimiliarderzy, ale też zwykli ludzie, często pracujący ponad normę, a i tak ledwo wiążący koniec z końcem. Ostatnią rzeczą jaką chcą robić to użerać się z bankami i walczyć o swoje własne zarobione pieniądze.

Procedury powinny być tak skonstruowane, aby ułatwiać życie klientom, a nie je dodatkowo uprzykrzać

Drogie banki – jak trzeba wejść do jaskini, pokonać smoka, przejść labirynt i odpowiedzieć na zagadkę trolla tylko po to, by załatwić u Was jakąś drobnostkę to znaczy tylko tyle, że Wasze procedury są to dupy. A jak macie zwykłych klientów w dupie to oni nie pozwolą się w nią kopać i od Was uciekną.

Klient Was wybiera, bo Wam zaufał. Przekazuje Wam swoje pieniądze żebyście mogli nimi obracać. On nie chce się potem martwić czy nie wprowadzicie nagle 3-tysięcznej poprawki do 20-stego załącznika 13-stego regulaminu, gdzie umieścicie klauzulę o dodatkowych opłatach. On nie chce się potem dowiadywać, że Wasz bank został zhakowany, a ich dane latają po Sieci, bo Wam nie chciało się zatrudnić porządnych informatyków. On chce mieć tylko święty spokój i w razie ewentualnych problemów być traktowanym jak człowiek, a nie jak cyferki od bilansu.

Wiem, że generalizuję, bo są banki, którym zależy na kliencie, nawet takim co nie wkłada do niego za dużo gotówki. Jednak nadal to mniejszość, bo wciąż pojawiają się informacje o kolejnych bankach, które podchodzą do klienta jak do szybkiego numerku – dostają to co chcą, a potem przestaje im zależeć i już nie dzwonią. No chyba, że po to, by po raz tysięczny wcisnąć kartę kredytową, której nigdy nie chcieliśmy. To powinno ulec zmianie, bo co z tego, że Ci celebryci z reklam kuszą nas workami pełnymi pieniędzy, które zarobimy dzięki bankom, skoro potem i tak musimy iść tam z prawnikiem i doradcą finansowym żeby przez drobne druczki i kruczki nie pójść z torbami.

A jak skończyła się moja sytuacja z bankiem? Zamiast zmienić numer telefonu to zmieniam bank. Jak mi szpinak pleśnieje to wolę go wyrzucić niż jeść go przez łzy.

.