Mogę już umrzeć

5

To był jeden z tych dni, w których Qrkokowa uśmiechnięta mina brała L4, a w zastępstwie przychodziła jej grymasząca i zrzędliwa koleżanka.

Mogło ją przywołać wiele czynników, ale zazwyczaj pojawiała się, kiedy sprawdzałam:

– stan lodówki po weekendzie
– stan konta pod koniec miesiąca
– termin następnej wizyty u lekarza

Tym razem padło na bramkę numer trzy i nie miałam możliwości wymienić jej na worek z kotem. Było zimno, więc wszystkie pochowały się pod kocem, udowadniając mi, że na nic zdały się moje szkoły, kursy i lata pracy skoro nadal nie jestem karmiona i pieszczona tylko dlatego, że mam błyszczącą sierść. W taką pogodę nie chciałam nigdzie wychodzić, ale skoro nie pozostawiono mi wyboru to życzyłam sobie tylko jednego – poczuć się przez chwilę jak awoksa i nie musieć odzywać się do nikogo. Niestety, mój dżin z nadwagą nie przecisnął się przez lampę, a bilet na koncert życzeń okazał się przeterminowany. Tego dnia poznałam osobę, która tak jak ja miała ochotę wtedy umrzeć. I tylko jedna z nas myślała o tym na serio.

Jak przystało na blogerkę pobiegłam na autobus. Musiałam na szybko przypomnieć sobie definicję sprintu, bo zerwała się burza, a z nieba spadały mililitry argumentów potwierdzających bezużyteczność definicji kalendarzowej wiosny. Gdy dobiegłam pod dach przystanku pomiędzy próbami złapania oddechu szeptałam prośby „byle nikt się nie odzywał”. W takich chwilach okulary są zbawienne, bo kiedy są całe mokre to skutecznie izolują mnie od ludzi w myśl zasady z dzieciństwa „jeśli ja ich nie widzę to znaczy, że jestem niewidzialna”. Niestety deszcz był coraz silniejszy, więc wolna przestrzeń zmniejszała się wraz z moją szansą na milczenie. Chociaż brzydzi mnie w ludziach znieczulica, zobojętnienie na los drugiego człowieka i obgryzanie paznokci to akurat wtedy nie chciałam być zalewana łzami cudzej rozpaczy jak to korzonki doskwierają, w spożywczym zamienili miejscami chleb z proszkiem do prania, a listy od ZUS-u kończą się pozdrowieniem „to już bliżej jak dalej”. Na czytniku miałam świetną książkę, która pomogłaby mi uciec od własnych problemów i tylko w niej chciałam zatonąć. Nie miałam ku temu okazji, bo podeszła do mnie pani, która wykorzystała najbardziej sztampowy tekst na rozpoczęcie rozmowy. W świecie podrywu jest to pytanie „jak często tu bywasz?”. W świecie samotnych użytkowników komunikacji miejskiej – „czy autobus już odjechał?”. Od tego momentu wiedziałam, ze jestem skazana na wspólną podróż i żałowałam, że zamiast peleryny niewidki założyłam zwykły płaszcz.

Ogólnie nie mam nic do starszych ludzi i lubię ich słuchać, bo wiem, że zaraz po księdzu i fryzjerce mogę być jedyną osobą, z którą mają okazję pogadać. Jednak doświadczenie nauczyło mnie, że rozmowa z nimi często przypomina monolog, który może obrazić Ciebie, Twoje przekonania czy Twoich bliskich. Kiedy odpowiesz, że się nie zgadzasz zostaniesz wyzwany od niewychowanych gówniarzy, którego rodzina pewnie nie przyjmuje księdza po kolędzie, więc tylko siedzisz, wysłuchujesz i odliczasz przystanki do wysiadki. Tak było i tym razem. Podróżowałam z pasażerką, która była niczym wino, bo jej wiek dobił już do określenia „dobrego rocznika”, a jej poglądy spowodowały u mnie ból głowy. Podczas krótkiej jazdy autobusem poznałam cała historię prezydenta, który nie jest Polakiem, bo ma żonę żydówkę i czworo małych „żydziaczków„. Dowiedziałam się, że ludzie mają równe prawa o ile mają biały kolor skóry i wyznanie katolickie. Usłyszałam jeszcze mnóstwo rzeczy, którym pozwoliłam wylecieć drugim uchem. Nie znałam tej kobiety, nie wiedziałam czemu ma takie nastawienie do świata, dlatego nie chciałam mieć z nią tylko negatywnych wspomnień, więc ją słyszałam, ale nie słuchałam. Do czasu aż moja pasażerka wyjaśniła mi swoje zgryźliwe zachowanie i negatywny stosunek do świata. A zrobiła to, kiedy zauważyła za oknem gołębia i podsumowała jego obecność zdaniem:

O, ten ptaszek kuleje. To zupełnie tak jak ja! Tylko jemu jeszcze chce się żyć.

Dostałam w twarz deklaracją chęci zakończenia życia tak spokojną i pozbawioną emocji, jakby ktoś pochwalił się co zjadł na śniadanie, a nie stwierdził, że już nie chce ich nigdy spożywać. Usłyszałam o zmęczeniu, braku chęci do oddychania i sił do zmierzenia się z kolejnym dniem. Wtedy zrozumiałam, że nie wszyscy starsi ludzie, którzy publicznie i wulgarnie narzekają na politykę, religię czy społeczeństwo są z natury źli i niewychowani. Nie wszyscy plują jadem, kipią złością i nienawiścią do wszystkich wokół, bo to weszło im w krew. Niektórzy z nich w głębi duszy nie są wściekli. Po prostu przez swoje całe życie nie spodziewali się, że przyjdzie moment, w którym nie będą mieli do kogo zwrócić się ze swoimi zmartwieniami, więc o chęci swojej śmierci będą informować obce osoby. I jest im z tym zwyczajnie smutno.

Qrkoko.pl

Polub mnie na Facebooku
I nie przegap wpisów

  • majka

    To przykre kiedy ludzie na starość nie mają nawet z kim porozmawiać…

  • „Ojej” tu nie wystarcza :(
    Plan na jutro. Zacząć kodować w podświadomości syna, że należy utrzymywać kontakty z mamusią do końca życia i trzy dni dłużej. Jednocześnie nie wychowując go na maminsynka. Czy to w ogóle realne? Muszę się przeprosić z blogami rodzicielskimi :/ brrr…

  • kalsh

    to straszne kiedy komuś po prostu odechciewa się żyć i mówi, że mógłby już umrzeć. nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić co taki człowiek musi wtedy czuć. chyba tylko obojętność z bezsilności

    • dlaczego straszne? ja się cieszę z każdego nowego dnia, jednocześnie mogłabym już umrzeć i mieć święty spokój

  • Cukromania

    zgadzam się z twoimi przemyśleniami. Gratuluję stworzenia bardzo wartościowego tekstu. Każdy z nas w swoim życiu spotkał przynajmniej jedną taką osobę… Nie każdy miał czas i ochotę by słuchać…