Po co kapujesz jak to nie Twoja sprawa?!

0

Przyszło nam żyć w czasach, w których za obywatelską postawę zamiast bić brawo chcą bić w mordę. A my zamiast naprawić wybijające szambo sedna problemu, wciąż wolimy szturchać kijem kupę aktualnych afer.

Ci, którzy w ostatnim tygodniu nie śledzili aktualności na Facebooku, na portalach informacyjnych przeglądają tylko foto-galerię gwiazd przyłapanych na klozecie, a Wykop kojarzy im się jedynie z pożegnaniem Świadków Jehowy, to mogą nie wiedzieć, że wybuchła niedawno gówniana afera. Jednak wystarczy, że wpiszecie w Google „Kamil SGH”, a w odpowiedzi wyszukiwarka wyrzuci Wam wystarczającą liczbę wyników żebyście odczuli jej swąd. Jednak tym, którzy nie mają ochoty się w tym babrać streszczam – Kamil na egzaminie doniósł na koleżankę, która ściągała. W efekcie tego panienka nie zdaje niemieckiego, a chłopak zdaje egzamin ze znajomości nazizmu, bo za swój „niecny występek” odczuwa na własnej skórze co to znaczy społeczne wykluczenie, prześladowanie i groźby pozbawienia życia. Za donos na koleżankę z klasy Kamil został znienawidzony w Internecie i życiu prywatnym, a memy z jego udziałem i rozklejanie plakatów po szkole z jego wizerunkiem to póki co najlżejsze co go spotkało. Ot, typowe studenckie życie.

Wiecie co wkurza mnie w tej aferze najbardziej? To, że cały czas wszyscy dyskutują nie o tym co trzeba.

Po jednej stronie widzę służbistów, którzy trzymają stronę chłopaka, podając za argumenty studentów medycyny, którzy nas wszystkich pozabijają na operacyjnych stołach jak pozwolimy im ściągać na egzaminach. Potem widzę samą uczelnię, która RAPTEM TERAZ stoi murem za donoszącym chłopakiem tworząc fejsbuczkowe eventy „Precz ze ściąganiem!”. A ja z bezsilności walę w ten mur głową, bo dowiaduję się, że najwidoczniej temat ściągania na egzaminach to świeżutka sprawa, skoro dopiero teraz szkoły zauważają problem i „reagują”.

Po drugiej stronie widzę tą ucieśnioną przez system młodzież, w żyłach której płynie pompowana przez PRL krew. Oni wiedzą, że zawsze muszą kombinować i załatwiać coś pół legalnie żeby przeżyć! Protestują przeciwko zbyt dużej ilości materiału do zaliczenia, przez co nie starcza czasu na te przyjemniejsze zaliczenia, więc ściągają, bo inaczej się nie da. Tylko, że jak widzisz dziurawy but to niesiesz go do szewca, a nie oklejasz taśmą byle przejść w nim trochę dalej.

A ja uważam, że w tej dyskusji obie strony tracą czas, bo nie ważne ile każda z nich ma racji i do jakich wniosków dojdą – problem ściągania nie zniknie, bo nikt nie szuka rozwiązania w jego źródle.

DLACZEGO ŚCIĄGAMY I PRZYMYKAMY NA TO OKO?

Uczniowe i studenci twierdzą, że robią to, bo materiału jest za dużo, a wiele przedmiotów jest zbędnych i nie związanych z ich specjalizacją, np. wiedza o sztuce na profilu ekonomicznym. I pewnie wielu z nich ma rację, tylko, że ściąganiem nie rozwiążą tego problemu, bo to tak jakby tamować krwotok plasterkiem higienicznym. Idźcie przed MEN protestować, piszcie petycje, rozbijcie obóz w gabinecie dyrektora. A nie tylko siedzicie cicho na dupach i chowacie pod nimi ściągi, bo tak łatwiej i wygodniej. Inaczej przedmioty-zapychacze nigdy nie znikną, a system edukacji nigdy nie dostosuje się do realiów, skoro Wy tego tak naprawdę nie oczekujecie.

Tak samo uczelnie. Wielce zszokowani, że ich uczniowe ściągają i wielce głupi w szukaniu na to rozwiązań. Ściąganie nie wzięło się bez przyczyny i zanim zwalicie to wszystko na lenistwo uczniów to może przeanalizujcie czy na pewno wszystkie Wasze przedmioty mają jeszcze rację bytu albo czy nie należy zmienić kilku wykładowców, którzy zamiast nauczać praktycznie w oparciu o rzeczywiste przykłady to każą wkuwać na pamięć teorię spisaną w erze dinozaurów. Teraz macie poczucie nieomylności i podchodzicie do sytuacji niczym komunikacja miejska, która wykleja plakaty „pasażerze – jak widzisz gapowicza to go nam zgłoś” zamiast zastanowić się najpierw czemu tych gapowiczów nagle przybyło. Może wina leży po obu stronach?

Internet również nie zawiódł i po raz kolejny udowodnił, że nasze babcie, które kojarzą Internet ze śmiertelną i zaraźliwą chorobą, to za bardzo się nie pomyliły. Chłopaka, który doniósł na ściągającą koleżankę hejtują również Ci, którzy Warszawy nie widzieli nawet na pocztówkach. Wielcy orędownicy sprawiedliwości mieszają Kamila z błotem wykrzykując dumnie hasła „jebać konfidentów, rząd, policję i klasówki!”. A wśród tych tumanów popierających masowy lincz za donos, powtarza się wciąż jedno skandowane hasło:

To nie Twoja sprawa!

I tu dochodzimy do sedna problemu. Do tego wybijającego szamba pokazującego w jak gównianym społeczeństwie się znajdujemy. Cofneliśmy się do czasów liberum veto, gdzie boimy się zasugerować zmianę, bo czekają nas rozbiory uzębienia. Cofnęliśmy się umysłowo.

Każdy problem podsumowany przez nas stwierdzeniem „to nie moja sprawa” pokazuje jak bardzo przeżarła nas znieczulica, że daliśmy sobie przyzwolenie na wyłączenie społecznej odpowiedzialności. Mamy w dupie to, że kogoś napadli na naszych oczach. To nie nasza sprawa. Jak człowiek osunie się metr obok nas to dla bezpieczeństwa odsuniemy się kilka metrów dalej, bo może nas czymś zarazi. Nie będziemy dzwonić po żadną pomoc, bo to nie nasza sprawa. Mamy w dupie cudze problemy, ale jednocześnie bardzo chętnie zabieramy w ich sprawie głos, jak już nie musimy zareagować w inny sposób. Jasne, donoszenie na ściągającą koleżankę, a pomoc człowiekowi w potrzebie to dwie różne sprawy i inna skala problemu, ale to jak na niego reagujemy pokazuje nam, że podłoże w psychice jest takie samo.

Zamiast skupiać się nad kwestią czy Kamil powinien donosić i tym czy ludzie powinni go za to zlinczować czy nosić na rękach, to pomyślmy w końcu czemu do takiej sytuacji ponownie doszło. I dlaczego po raz kolejny zastanawiamy się nad kolorem tapety w domu, w którym sypią się fundamenty?

Qrkoko.pl

Polub mnie na Facebooku
I nie przegap nowych wpisów

.