Mój Macierz od kilku dni leży w łóżku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo to jego ulubiona forma rozrywki, ale tym razem znalazł się tam z powodu choroby.

Przeszedł serię badań i musi dostawać tabletki. Łatwizna – pomyślałam. W końcu jest takim łakomczuchem, że łyka wszystko bez zastanowienia jak słuchacze Radia Maryja, więc pójdzie jak po maśle. W rzeczywistości okazało się to tak trudne, że prawie postradałam zmysły i zaczęłam się zwierzać ze spraw sercowych gadającej margarynie.

Próba pierwsza – na zachętę

Najpierw postanowiłam spróbować metody na przysmak i ukryć tabletkę w ulubionej przekąsce kota. Plan wydawał się bezbłędny, oprócz jednej małej przeszkody – Przedmęża. Kupiłam super delikatny pasztet z indyka, który był wolny prawie od wszystkiego – z wolnego wybiegu, wolny od glutenu, tylko nie wolny od podatku. Jak przyniosłam go do domu to zdążyłam usłyszeć tylko ciamknięcie zanim skończyłam krzyczeć, że „to dla kota!”. Wróciłam się po kiełbasę z piersi kurczaka. Super ekologiczna, od kury co miała pedicure częściej niż ja, a sprzedawca w mięsnym płakał jak sprzedawał, bo grał z nią w makao na Kurniku. Przyniosłam ją do domu i wyraźnie zaznaczyłam, że to kiełbasa do celów medycznych. Przedmąż obiecał jej nie ruszać. Po czym wziął gryza i tłumaczył, że to do eksperymentu. Badanie nie poszło po jego myśli i cała kiełbasa zniknęła. Na szczęście przewidziałam to i miałam jeszcze ukrytą w zanadrzu szynkę. Ukryłam w niej tabletkę i dałam kotu. Kot szynkę zjadł. Tabletkę wypluł.

Próba druga – na szafiarkę

Wiecie jak trudno zwabić kota w zasadzkę? Nie działa na niego sposób „kotków w piwnicy” i trzeba się trochę bardziej namęczyć. Mój Macierz jest bardzo ciekawski i zawsze wchodzi do szafy jak tylko zostawię ją otwartą. Dlatego teraz zrobiłam to specjalnie i liczyłam na to, że połknie haczyk. Otworzyłam szafę, pozamykałam wszelkie drogi ucieczki i powiedziałam Przedmężowi, że ma pilnować, by nikt i nic stąd nie uciekło. Kot dał się złapać szybciej niż szafiarka na barter, bo wlazł do szafy od razu. Wtedy zawinęłam go w kocyk robiąc z niego kocie burrito i przystąpiłam do podawania tabletki. Jedną ręką go przytrzymałam, a drugą próbowałam otworzyć pyszczek. Potem zorientowałam się, że brakuje mi trzeciej żeby podać tabletkę. Kiedy kot zaczął się denerwować ja zaczęłam panikować. Jak kot zaczął szykować się do walki, ja od razu poddałam się walkowerem. Jednak Macierz zignorował moją białą flagę i na czas masakrowania moich rąk pazurami zapomniał o naszej bezgranicznej miłości. Nauczyłam się wtedy, że w takich sytuacjach warto ustalić sobie hasło bezpieczeństwa. Kiedy spanikowana zaczęłam drapać w drzwi żeby uciec przed sapiącym nienawiścią kotem, który siedział mi na ogonie usłyszałam tylko – „Wiem, że to ty Macierz! Bierz swoje tabletki!”.

Próba trzecia – na straszaka

Aplikowanie leku dla Macierza znoszę ciężko. Mam wyrzuty sumienia, martwię się o to czy nie przytrzymałam go za mocno i tak naprawdę to ja jestem w większym stresie niż on. Czasami mam wrażenie, że to mnie ktoś powinien mocniej złapać za kark. Opracowałam, więc nową taktykę, którą roboczo nazwalam „na straszaka”. Prawda jest taka, że to sam Macierz ją opracował, a ja musiałam się dostosować. Z początku próbował przekonać mnie do handlu wymiennego i na wpół przetrawione tabletki zostawiał mi w moim obiedzie. Później zaczął podgryzać mi żyły za każdym razem, kiedy zbliżałam się do niego z lekarstwem. Do zabawy wciągnął swoją siostrę, która atakuje mnie, kiedy tylko jestem w zasięgu apteczki. Poszliśmy, więc na układ – masaż, spa, najlepsze jedzenie i wyszukane rozrywki – to wszystko muszę mu zapewnić przed aplikacją tabletki. A bierze ich 3! W przeciwnym razie którejś nocy mogę obudzić się z zaplątanym motkiem włóczki w łóżku.

NIE TAKI KOT STRASZNY JAK MU TABLETKĘ ZAAPLIKUJĄ

Jak widzieliście podanie kotu tabletki jest bardzo proste. Wystarczy tylko odrobina kreatywności i samozaparcia, a jest szansa, że sami nie skończymy na jakiś lekach. Po każdej takiej aplikacji kot chwilę się gniewa za naruszenie jego przestrzeni osobistej, a jego człowiek przeprasza na kolanach, błaga o wybaczenie i podsuwa najlepsze kąski w ramach łapówki. Czyli w sumie nie różni się to zbytnio od każdego poranka kociego właściciela.

Jednak mimo tego warto się pomęczyć. Macierz wygląda i zachowuje się lepiej. Wrócił mu jego apetyt, znowu jest żywiołowy i nawet pozwala czasami wygrać siostrze w zapasach. Może i mam wyrzuty sumienia, kiedy widzę w jego oczach złość przy podawaniu lekarstw. Czasami mnie podrapie tak, że przez kilka godzin tamuję krwotok, ale to mała cena. Kot czuje się lepiej, a to jest dla mnie bezcenne. Zwłaszcza, kiedy przychodzi do mnie na przytulaski i znowu jesteśmy najlepszymi amigos.

Przy pisaniu tego artykułu nie ucierpiał żaden kot. Tylko moje zdrowie psychiczne.

.