Rękodzieło to nie tylko opanowanie techniki, wzorów i materiałów. Ono uczy nas o wiele więcej.

Z czasów szkolnych pamiętam usilne starania moich pedagogów, którzy chcieli przystosować mnie do życia w społeczeństwie i przekazać mi kilka życiowych lekcji. A to miałam zostawać po lekcjach, bo moje zdanie nie pokrywało się ze zdaniem nauczycieli, a to miałam uścisnąć na zgodę dłoń osobie, która kilka minut wcześniej chciała złamać mi moją własną. Nie wyniosłam z tamtych lekcji nic prócz kilku siniaków, urażonej dumy i poczucia niesprawiedliwości. Dlatego wracałam potem do domu i z pomocą Rękodzieła uczyłam się życia na własną rękę. Tworzącą rękę.

STAWIAM NA JAKOŚĆ, A NIE ILOŚĆ

To pierwsza i najważniejsza lekcja przekazywana nam przez Rękodzieło. Na rynku jest mnóstwo półfabrykatów tanich jak barszcz. Jednak kiedy przygotowuję ręcznie wykonany prezent, w którym zawieram czątkę siebie to nie chcę żeby składał się z elementów tak kiepskiej jakości, że szkoda na nie zużywać uszek. Nauczyłam się, że w Rękodziele nie warto rzucać się na wszystko co tanie, tylko dlatego, że zapełnimy swoje zapasy po sufit. Co nam po nich skoro niszczą się już od samego patrzenia? A potem spostrzegłam, że swoje nastawienie z pracowni przeniosłam do innych elementów życia.

Kiedy wejdziemy między półki sklepowe to nie zobaczymy nawet metra kwadratowego, który nie byłby wypełniony wszelkimi promocjami, obniżkami czy wyprzedażami. Tylko zazwyczaj te rzeczy nie są warte swojej ceny (nieważne jak niska by nie była). A najczęściej nawet ich nie potrzebujemy, bo gdyby nie były przystrojone w czerwone szaty z wielkimi wykrzyknikami to nie zwrócilibyśmy na nie uwagi. Zrozumiałam, że nie potrzebuję czegoś tylko dlatego, że coś jest tanie i kiedy tego nie kupię to przegapie okazję. Wolę przymykać oko na wielkie wietrzenia magazynów, kiedy tak naprawdę nie mam potrzeby do nich zaglądać, niż potem zamykać oczy ze strachu kiedy spojrzę na stos kupionych rzeczy, bo wiem, że przez ich niską jakość nigdy mi się nie przydadzą. Jakość stała się moim priorytetem, niezależnie od tego czy wybieram nowy kordonek, sweterek czy krem przeciwzmarszczkowy ;)

NIE UFAM OBIETNICOM – CZYTAM ETYKIETY

Kiedyś szukałam włóczki na misie i popełniłam błąd nowicjusza – zamiast pierwsze kroki skierować do pasmanterii to wkroczyłam na Allegro. I gdybym nie skakała tam po stronach to nie złamałabym swoich kurzych nóżek. Na jednej z aukcji zachwyciłam kolorami i ceną do tego stopnia, że instynktownie kliknęłam zamów i ugryzłam się w język zanim zdążyłam powiedzieć „może powinnam przeczytać opis?”. A potem okazało sie, że włóczka składała się w 100% z akrylu i dźwięk moich zgrzytających ze złości zębów zagłuszało tylko jej skrzypienie. Wbijała mi się w palce, nie dawała się przerabiać, blokowała się, rozdwajała i śmiała mi się prosto w oczy. Od tamtej pory przysięgłam sobie, że to ja będę wytężać wzrok i czytać wszelkie drobne druczki. Swoim zasadom byłam wierna tak bardzo, aż musiałam zacząć nosić okulary.

Stałam się wtedy nie tylko świadomym Rękodzielnikiem, ale też konsumentem. Zaczęłam czytać etykiety na produktach spożywczych, kosmetykach czy nawet metkach ubrań. I często okazywało się, że krzykliwe reklamy z TV czy barwne emblematy na półkach służyły tylko temu, by przekoloryzować szarą rzeczywistość. Ubrania z sieciówek, których cena pożerała połowę mojej wypłaty jakością nie dorastały do pięt tym z lumpeksów. Mięso, które według składu chemicznego było nim tylko w połowie, w zestawieniu z kocią karmą miało mniej wartości odżywczych. Super nowoczesny smartfon, który wielkimi hasłami zapewnia mnie o niezawodności, ale jego techniczna specyfikacja napisana czcionką o rozmiarze mrówki mówi, że bardziej pewny będzie zakup dwóch kubków ze sznurkiem i zegara z kukułką. Zdałam sobie sprawę, że warto poświęcić kilka sekund więcej na przeczytanie etykiety, banderoli czy opisu produktu niż potem tracić kilka godzin, dni czy miesięcy na próby odzyskania kasy, bo łyknęło się marketingową ściemę.

JESTEM CIERPLIWA I KONSEKWENTNA

Rękodzieło jest pasją, która wymaga cierpliwości i pełnego zaangażowania. Nie można tu stawiać na szybki efekt, bo to droga na krótką metę. Jak ktoś chce opanować technikę tylko po łebkach, to dalsza podróż będzie usłana tymi kocimi. Tutaj trzeba się jej w pełni poświęcić, uczyć się na swoich błędach i być konsekwentnym w tym co się robi. Kiedy uczyłam się frywolitki to nie rzuciłam jej w kąt po pierwszej porażce. Rękodzieło szybko odesłałoby mnie tam, abym postała za karę. Przyjmowałam niepowodzenie na klatę i uczyłam się dalej, bo wiedziałam, że w końcu osiągnę swój cel, jeżeli nie pozwolę sobie odpuścić.

Taka postawa przełożyła się potem na moje życie. Nikt się nie rodzi z umiejętnością szydełkowania, jazdy samochodem czy recytowania Inwokacji. To wszystko przychodzi po nauce metodą prób i błędów. Zaczęłam doprowadzać swoje sprawy do końca i nie rezygnowałam z nich tylko dlatego, że z początku nic mi nie wychodziło. Przynosiło mi to satysfakcję, bo miałam namacalny dowód na to, że jestem w stanie z powodzeniem zakończyć coś, co z początku sprawiło mi wiele trudności. Nauczyłam się, że nie warto się poddawać i porzucać tego co jest dla nas ciężkie do zdobycia. Niezależnie od tego czy chodzi o nową technikę, wymarzoną pracę czy niespełnioną miłość. Zawsze jest warto walczyć o to co dla nas ważne.

KSZTAŁTUJE MNIE TO CO KOCHAM

Rękodzieło to moje życie, bo wiele mnie o nim nauczyło. Udzieliło mi kilku cennych lekcji, z których nie miałam ochoty zerwać się na wagary. Dlatego w przerwie między liczeniem kolejnych rządków i wkuwaniem nowych wzorów warto czasem posłuchać co nasza Pasja ma nam więcej do powiedzenia. Bo kiedy życie postawi nas przed trudnym egzaminem to Rękodzieło pierwsze podsunie nam ściągę, by nasz świat stał się choć trochę łatwiejszy.

.