Walka z rakiem to ciężki pojedynek. Chociaż ja musiałam stoczyć tylko sparing to wiem jak silne muszą być osoby, które stają na ringu codziennie. I jak wiele pomocy potrzebują by nie paść na deski.

 

Wyobraź sobie przez chwilę, że wbrew własnej woli lądujesz w grze komputerowej. Jesteś głównym bohaterem i musisz przejść przez wszystkie etapy, które są coraz trudniejsze. A to wszystko po to, by pokonać złego bossa.

 

 

Domyślasz się kim w tej grze jest Rak. I łudzisz się, że może będzie to gra uczciwa. Niestety, Twój przeciwnik oszukuje. Nie ma tu checkpointów, które pozwolą Ci odetchnąć. Nie ma kodów na nieśmiertelność. Obecnie w Polsce co roku „gra” w to ponad 150 tysięcy nowych osób. To prawie połowa ludności Białegostoku. Ponad 80 tysięcy z nich przegrywa. Co roku.

CAŁE ŻYCIE WSPAK

Nigdy w ludziach chorujących na raka nie widziałam osób słabych. Nawet kiedy leżeli wycieńczeni na szpitalnych łóżkach inspirowali mnie swoją siłą i odwagą. To codzienni superbohaterowie. Bez peleryn i chwytliwych powiedzonek, ale z supermocą. Obserwując jak oni dzielnie walczą wiedząc, że pojedynek nie jest wyrównany człowiek dostrzega jak wiele jego codziennych problemów jest błahych. Nagle złośliwa koleżanka ze szkoły nie ma znaczenia. Po oblaniu sprawdzianu z chemii nie musisz iść na terapię. Zepsute auto nie oznacza końca świata. Wszystko przez co jeszcze niedawno rwałeś włosy z głowy okazuje się bardzo maleńkie. Bez znaczenia.

Ludzie walczący z rakiem od zawsze budzili mój szacunek. Wielu moich bliskich zmagało lub wciąż zmaga się z tą chorobą. Z niektórymi łączą mnie więzy krwi, z innymi przyjaźń. Obserwowałam jak strach w ich oczach po pierwszej diagnozie przeradzał się w siłę. Siłę, która udzielała się wszystkim.

Rak nie wybiera. Nie obchodzi go Twoje wyznanie, status społeczny, płeć czy wiek. Czekając na swoją pierwszą biopsję w kolejce widziałam starsze panie, z którymi rozmawiałam o szydełkowaniu. Małe dzieci, które uspokajająco ściskały dłonie rodziców. Siedziałam obok pani w garsonce, która czekając na badanie na najnowszym Ajfonie kupowała parę szpilek. Naprzeciwko mnie stał mężczyzna w zniszczonych butach i dłoniach widocznie sugerujących ciężką pracę fizyczną. Łączyło nas jedno – wszyscy czekaliśmy.

Ja czekałam rok. Tyle minęło zanim dowiedziałam się, że moje guzy nie są nowotworem. Rok, w którym balansowałam po sinusoidzie emocji. Zatracałam się w pracy nad blogiem po kilkanaście godzin na dobę, byle nie myśleć o wynikach, które dopiero miały nadejść. Patrzyłam na siebie w lustrze brzydząc się swojego ciała. Nie chcąc dotykać chorego miejsca, czując fantomowy ból pulsujący z guzów. Byłam wściekła. Znałam dokładne położenie guzów w momencie, w którym sama nie mogłam określić na jakim etapie życia się znajdowałam. Do tej pory mam zdjęcie, na którym jestem przekonana, że moje guzy się uśmiechają. Są bardziej fotogeniczne ode mnie. Patrzyłam na siebie w lustrze zastanawiając się nad tym, czy mogłabym jeszcze bardziej siebie nienawidzić?

W najbardziej krytycznym momencie, w chwili kiedy byłam gotowa całkowicie zamknąć się na świat spojrzałam w lustrzane odbicie moich oczu. Miały ten sam odcień co oczy bliskich mi osób walczących o każdy dzień. Wzięłam się w garść, bo wiedziałam, że oni nie chcieliby, aby mój strach przed samym widmem tego z czym oni muszą zmagać się codziennie odebrał mi wolę przetrwania. Najdłuższy rok mojego życia był wypełniony czekaniem: na wizytę u specjalisty, na termin badania, na wyniki. Poukładał mi w głowie wszystko co przeżyłam. Wiem, że wiele zmian, które obecnie zachodzą w moim życiu nie miałoby miejsca gdyby nie tamten rok. Gdyby nie siła codziennych superbohaterów, którą musiałam odnaleźć w sobie.

Nigdy nikomu nie życzyłabym choroby. Choćby tygodnia oczekiwania na diagnozę. Miesiąca płaczu w poduszkę. Roku tułaczki po gabinetach lekarskich. Nawet osobie, która wyrządziłaby mi najgorszą krzywdę nie życzyłabym konieczności stanięcia do walki o życie, zwłaszcza bez przygotowania. Jednak każdemu życzę takiej siły jaką mają osoby chorujące na raka. Takiej odwagi, aby stawiać czoła nowym wyzwaniom, determinacji z jaką pokonują każdy kolejny dzień. Wiedzy, że nie ma niczego ważniejszego od życia.

PRZYŁĄCZ SIĘ DO WALKI

Walka z rakiem nie musi być grą jeden na jednego. Nie musimy być już dłużej biernymi obserwatorami tej nierównej rozgrywki. Możemy pomóc tym, którzy na każdym kroku przypominają nam jak ważne jest życie. Jest jeden kod, który możemy wpisać, aby ułatwić im batalię.

To kod KRS fundacji Alivia, na rzecz której ja w tym roku przekazuję swój 1% podatku. Wy też to zróbcie. Życie to nie gra komputerowa. Osoby chore na raka potrzebują realnych pieniędzy aby przeżyć. Leczenie, terapia, przystosowanie swojej codzienności do tej nowej sytuacji – to wszystko kosztuje i nie wszystkich na to stać. Wiele leków w naszym kraju jest nierefundowanych, a część stosowana w Unii Europejskiej w ogóle nie jest dostępna u nas. Zastanów się nad tym jakbyś się czuł wiedząc, że masz raka i bardzo ograniczone możliwości walki z nim. Dla Ciebie to tylko kilka sekund rozważań, a dla innych codzienność.


FUNDACJA ALIVIA

KRS: 0000358654
alivia.org.pl
Qrkoko.pl - Całe życie wspak

Proszę Was tylko o 1%. Procent, od którego może zależeć życie drugiego człowieka. W pojedynkę bardzo ciężko wygrać. Dopiero walcząc ramię w ramię jesteśmy w stanie przejść tą nieuczciwą grę.

 

  • Cóż mogę napisać, by nie zabrzmiało to pusto, tanio? Jako niepełnosprawna czuje dużą wieź z ludźmi, którzy mają odwagę pisać o chorobach, zmaganiach z lekarzami, badaniami. Nie możemy udawać, że choroby nas nie dotyczą. Nikt z nas nie wykupił kodu na nieśmiertelność, nie jest w stanie oszukać losu. Ale każdy z nas jest w stanie pomóc innym. Tu. Teraz. Dziś. Przekazując 1% swojego podatku. A jeżeli swój 1% przekazałeś już na inny cel, pamiętaj, że masz przecież znajomych, którym warto udostępnić ten tekst. Lub po prostu podpowiedzieć, aby nie zmarnowali swojego 1% i przekazali go na szczytny cel.

    Pozdrawiam,
    tak długo milcząca u Ciebie, Agata

  • Dziękuję Ci za ten tekst Agato. Niestety, mój Tatuś znalazł się w tych 80 000. W zeszłym tygodniu go pochowaliśmy. Ale walczył… krótko… Po tym wszystkim wiem jedno… nie wolno odkładać nic na potem… i trzeba się badać, jak tylko coś zacznie nas niepokoić, nie wstydzić się, nie bać. Bo szybko robi się za późno. Jeszcze raz Ci bardzo dziękuję.

    • Najgorszy jest ten wstyd lub strach, który potrafi skutecznie zablokować ludzi. Niestety czasami niektórzy wolą udawać, że nic złego się nie dzieje, a potem często okazuje się, że na pomoc jest już za późno. Dlatego trzeba ludzi uświadamiać, że nie wolno niczego odkładać.

  • Poruszający tekst. Zawsze kiedy wydaje mi się, że wszystko jest do dupy, staram się chwycić czegoś pozytywnego i to zawsze jest jedna myśl „mam zdrowe dzieci i męża, który pomimo niebezpiecznej pracy, szczęśliwie do nas wraca” – reszta to pikuś.

    • Masz rację. Rodzina to nasz największy skarb :)

  • Bardzo prawdziwy tekst i troszkę jakby mój…Sama mam za sobą różne historie z guzkami: biopsję, cięcia i badania histopatologiczne…Ponoć taka moja uroda, że coś tam zawsze gdzieś musi mi się pojawić. Mam w dupie taką urodę, ale chyba już się przyzwyczaiłam do tego i nawet oczekiwanie na wyniki już mnie tak nie stresuje. Po co martwić się na zapas, przecież i tak nie mam wpływu na to co się wydarzy. Nauczyłam się za to szybkiego reagowania, nie czekam, nie odkładam żadnych badań na później, żeby w razie czego zyskać więcej czasu, bo on często ma tu bardzo duże znaczenie. I chyba patrzę na każdy dzień inaczej, bardziej doceniam to co mam :) Do tej pory los był dla mnie łaskawy, teraz też czekam na wyniki…Ale przecież musi być ok :) Mam cudowną rodzinę, męża, dzieci, a życie takie piękne :)

    W tym roku 1% już przekazaliśmy na równie szczytny cel, ale w przyszłym z przyjemnością wesprzemy wskazaną przez Ciebie fundację :)

    • Sama na badania bym nie poszła gdyby nie guz kogoś mi bliskiego. Fundacji walczących z rakiem jest bardzo dużo i wsparcie którejkolwiek to niesamowita radość dla osób chorych i ich rodzin. Dziękuję!

      • Mnie za pierwszym razem przekonała koleżanka, która prowadzi fundację wspierającą głównie chorych na białaczkę. Sama wtedy też nie umiałam się zebrać na odwagę