6 ślubnych absurdów

0

Qrkoko.pl - 6 ślubnych absurdów

Przez ostatnich 6 lat bycia w związku z Przedmężem usłyszałam kilka „cennych” rad od byłych koleżanek, dalekiej rodziny czy przypadkowych osób, które przyłapały mnie na wzdychaniu do ślubnych kreacji zza sklepowych witryn.

 

Oto 6 ślubnych absurdów, których głupota porazi Cię do tego stopnia, że uznasz wieczorek poetycki Kim Kardashian i Joli Rutowicz za intelektualną rozrywkę.

 

„Ślub kościelny to podstawa, a bez nauk przedmałżeńskich nie zostaniecie dopuszczeni do sakramentu!”

Nie widzę najmniejszego powodu, dla którego powinnam brać ślub kościelny. Moje wszelkie prośby skierowane do osób WIELCE WIERZĄCYCH, by wyjaśniły mi sens takiego działania kończą się tak samo jak próba udowodnienia przez chrześcijan istnienia Boga – brakiem argumentów, pojękiwaniem i zakończeniem dyskusji stwierdzeniem „bo tak!”.

Nauki przedmałżeńskie w kategorii poronionych pomysłów stawiam na równi z dodawaniem do chińskich zupek saszetek z olejem. Kto o zdrowych zmysłach uznał to za dobre rozwiązanie? Ksiądz, który z racji nałożonych celibatów nie ma pojęcia o rozprawianych przez niego tematach ma decydować o tym czy zostanę dopuszczona do ślubu. I bierze za to kasę. Zakładając, że nie będzie mnie instruował o stosunkach małżeńskich (wolno raz na 9 miesięcy) tylko nauczał jak być dobrą żoną i mężem, to chociażby z ekonomicznego punktu widzenia są to pieniądze wyrzucone w błoto. To tak jakby bezdomnego pytać o poradę finansową. Ciekawi mnie czy w przypadku rozwodu można nauki przedmałżeńskie zareklamować i żądać zwrotu pieniędzy.

„Wesele nie jest dla pary młodej tylko dla gości”

 

A Putin naprawdę wystraszył się Polaków jedzących jabłka. Mam się zadłużyć po uszy po to by narzekająca koleżanka rodziców mogła się najeść, a jej mąż nachlać za darmo? I oczywiście w podziękowaniu mam im dać porządny prezencik, a nie jakiś breloczek. Byłam już na weselach, gdzie para młoda drżała nad każdym krzywo postawionym talerzem, płacząc kiedy coś się stłukło. To są dla nich dodatkowe koszta, ale co z tego? Twoja kumpela z podstawówki i tak zatańczy na stole wchodząc nogą w talerz zupy, a kleptoman Zdzich podwędzi trochę sztućców do domu. Skoro wesele jest dla gości to najpierw niech sami je sobie ufundują.

„Zapraszanie dzieci jest w dobrym tonie”

Jestem w stanie zaakceptować niewielką liczbę dzieci na weselu. Jednak kiedy większość gości stanowią niestabilne emocjonalnie bachory, z zachwianą przez gry, gluten czy cukier motoryką nie pozostaje mi nic innego jak zatrudnienie bramkarza, który wyrzuca każdego kto nie potrafi własnoręcznie zawiązać sznurówek i nie kontroluje własnego ślinotoku. Tym sposobem oprócz kilku stryjków pozbyłabym się wrzeszczącej, nieletniej chołoty. Nie rozumiem po co ciągać na wesela kilkuletnie dzieci, które znudzą się jeszcze w kościele. Zazwyczaj kończy się to szukaniem „ślubnych nianiek”, czyli aspołecznych dziewczyn, które podczas wesela zarówno nie zaglądają do kieliszka, jak i ochoczo nie wyrywają się do tańców. Wystarczy nie pytając o zgodę obwiesić je niechcianymi dziećmi i już pijani szczęściem rodzice mają problem potomków z głowy. Zgadliście, to ja byłam taką dziewczyną.

„Noclegi dla gości spoza miasta powinna zapewnić para młoda”

Oczywiście myśląc nocleg chodzi o dobry hotel z wyżywieniem, dojazd w obie strony i frytki do tego. Chociaż dla gościa, który musiałby dojechać na ślub z dalekich stron wygodnie byłoby się pozbyć dodatkowych kosztów, to jednak obciążanie nimi osób, które i tak są zadłużone na kilka przyszłych lat jest zwyczajnie niesmaczne. „To dla nich tylko kilkdziesiąt złotych więcej” pomyślało 200 zaproszonych. Nocleg i przejazd mogłabym opłacić tylko osobom, bez których nie wyobrażam sobie tego dnia. Dalsza rodzina, o której istnieniu nie mam pojęcia będzie musiała biwakować.

„Prezent dla pary młodej powinien kosztować przynajmniej dwa razy tyle ile zapłacili za gościa”

Najwięcej absurdów dotyczy pieniędzy. Jednym z wymogów jest prezent dla pary młodej, który powinien być kosztowny. Jeżeli nie prezent to pieniądze w kopercie, ale wtedy ich wartość musi przekraczać conajmniej sumę wydaną na jednego gościa. Tak, aby młodej parze przynajmniej się „zwróciło”. Ta bzdura powoduje u mnie ciarki na plecach, niechęć do kościelnych ślubów z wystawnymi weselami i na myśl o tej głupocie mi samej zbiera się na „zwrócenie”. Jeżeli ktoś pojawi się na mojej liście gości to dlatego, że chcę z tą osobą spędzić wyjątkowy dla mnie dzień. Nie zapraszam ich dla prezentów ani w celu podreperowania ślubnego budżetu. Jezeli zdecyduję się na przyjmowanie prezentów umieszczę dostępną dla gości listę drobiazgów, które mi się przydadzą i niech oni sami uzgadniają, czy chcą cokolwiek z tego kupić. Dramatem jest dla mnie sytuacja, gdzie para młoda dostaje 3 pary żelazek lub 200 bukietów, z którymi nie wiadomo co potem zrobić. Co do pieniędzy jako podarunku to absolutnie nie wyobrażam sobie wręczenia ich w dotychczasowej formie, czyli staniu w kopertowej kolejce. Jeżeli ktoś czuje potrzebę przekazania gotówki to będzie to mógł zrobić w formie przelewu, nawet jeszcze przed ślubem. O mdłości przyprawia mnie sytuacja, w której ktoś nie przychodzi na mój ślub, bo czuje się biedniejszy od reszty gości, nie stać go na prezent lub obawia się w sytuacji, w której goście weseli wracają do czasów gimnazjum porównując się czyja koperta jest grubsza.

„Nie ma wesela bez alkoholu”

Wszystkie wesela, na których byłam mają jedno wspólne wspomnienie. Uciekam przed jakimś pijanym panem, który chciał porwać mnie do tańca. Piję bardzo mało alkoholu. Ponad dwa piwa w miesiącu to już u mnie alkoholizm.  Na swoim weselu nie chcę wódki, wina i tym podobnych. Nie chcę pamiętać tego dnia jako serii wpadek pijanej rodziny, która powie za dużo, zrobi za dużo, a na końcu się pobije. Moja rodzina to nie jakaś patologia, ale widywałam już naprawdę kulturalne osoby, które po wódce zmieniały się w małpy. Kiedy myślałam o swoim weselu widziałam brak alkoholu lub przybytek w stylu „Open Bar” gdzie będzie można dostać lekkie, orzeźwiające drinki.

W tych wszystkich gąszczach porad, gróźb i przesądów ludzie zatracili najważniejszy powód, dla którego powinno się brać ślub. Od dziecka wyobrażałam sobie, że robi się to z miłości. Jest to gest, który ma pokazać, że kocham tą drugą osobę tak mocno, że chcę się tym podzielić z całą moją rodziną. Nie wezmę ślubu, żeby zadowolić koleżanki, żeby ciotki miały gdzie się wybawić, dzieci wyszaleć, a ja wyrzucić w błoto masę pieniędzy.

Mój ślub będzie kameralny. Niekoniecznie kościelny, na pewno bez nauk przedmałżeńskich, bez białych limuzyn, koni, fajerwerków i morza alkoholu. Nie zaproszę koleżanek, ale rodzinę i osoby, bez których nie wyobrażam sobie tak ważnego wydarzenia. Zamiast wydawać pieniądze na dwieście obojętnych mi osób wydam niewielką ich część na podróż poślubną, mieszkanie, samochód lub lifting pośladków. Wszystko zależy od tego kiedy Przedmąż zdecyduje się zostać Mężem.

SKOMENTUJ

.